niedziela, 22 kwietnia 2018

Za drutami Stutthofu- Wacław Mitura

Witajcie. Ostatnio miałam mało czasu na czytanie książek. Albo inaczej- nie były one dla mnie priorytetem. Mimo to jestem w trakcie 3 pozycji i jedną niedawno skończyłam. O niej dzisiaj. 

Na książkę pana Wacława trafiłam przy okazji przeglądania na strychu domowej biblioteczki taty. Zauważyłam tam wiele ciekawych pozycji, ale zdecydowanie na pierwszy ogień poszła ta traktująca o czasach II wojny światowej. Bardzo lubię czytać o tamtym trudnym okresie w historii naszego kraju. Jest to dla mnie niezwykle interesujące i sprawia, że doceniam to, co mam. Widzę jak wiele rzeczy posiadam (nawet nie materialnych), a wystarczy, abym urodziła się o kilkadziesiąt lat wcześniej i moim problemem nie byłoby uczulenie na hybrydy, a zdobycie pożywienia.

Tyle słowem wstępu.


zdjęcie allegro.pl


"Za drutami Stutthofu" to wspomnienia więźnia obozu, który przeżył piekło tamtych czasów. Z niebywałą dokładnością przytacza szczegóły z życia za murami. Jestem odporna na "mocne" fragmenty, jednak chwilami musiałam robić przerwy i odkładałam lekturę na godziny lub dni. Niesamowite dla mnie jest to, jaką pamięć do nazwisk, dni, dat i detali ma autor tego świadectwa. Często jest tak, że starsi ludzie bardzo dobrze pamiętają szczegóły z dzieciństwa czy młodości, a w tzw." teraz" odnajdują się nieco gorzej. Autora za to podziwiam. 

Książkę czyta się bardzo szybko i płynnie. Bywają momenty "do strawienia" jednak język i sposób opisania są przedstawione w bardzo przystępny sposób. Dla osób, które chcą ja przeczytać jak najszybciej (bez dzieci i innych dystraktorów) z pewnością  dwa dni to będzie optymalny czas na lekturę.

To, co zostało mi w głowie po odłożeniu tych wspomnień to taka myśl ile człowiek jest w stanie zrobić, aby przeżyć. Jak silna jest nasza wola walki i miłość do życia. Mam wrażenie, że zwłaszcza teraz nie doceniamy wartości tego daru jakim jest to, że znajdujemy się tu i teraz. Wszechobecne telefony, portale społecznościowe i instagram, na których pokazujemy tylko tą idealną część naszej egzystencji powodują rozżalenie odbiorców. Ile osób przeglądając zdjęcia znajomych myśli sobie "ja też tak chcę?" i przewija tablice. Ciężko nam wziąć w swoje ręce nasze losy.Myślę, że warto zaznajomić się z literaturą opisującą losy tych, którym nie było dane przeżywać jakkolwiek według własnej woli, ponieważ nie mieli takiej możliwości. Ich życie to była walka. Często w tej walce zajmowali straconą pozycję, a mimo to robili wszystko, by wygrać. 

Tymi kilkoma zdaniami mam nadzieję, że zachęciłam Was do jeśli nie przeczytania owej ksiażki to może refleksji nad tym, co macie i ile jest możliwości, aby coś zrobić. 


poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Porównanie dwóch płynów micelarnych

Cześć. Jakiś czas temu przedstawiałam Wam produkty do balsamowania ciała. Dzisiaj twarz ,konkretnie pielęgnacja twarzy. Do walki staje płyn micelarny Garnier 3w1 do skóry wrażliwej oraz Lirene 3w1 do cery naczynkowej. 

Płynów micelarnych używam co najmniej od 4 lat. Nie zostawiają na moich oczach tzw."filmów" i niektóre z nich (o tym za chwilę) nie szczypią. 

Moja przygoda z tymi produktami zaczęła się od Biodermy w liceum, później szukałam zastępców aż trafiłam na Garniera. Jakiś czas temu o nim pisałam. Uważam go za najlepszy płyn micelarny. Z pewnością lepszy od Biodermy (i oczywiście tańszy). Słowem sprostowania: uważam, że za Biodermę przepłacamy. Nie ma ona też takmocnego działania jak inne, tańsze produkty. 

Jakiś czas temu zapasy Garniera mi się skończyły (polecam kupowanie 2-paków w Biedronce, najtaniej) i byłam zmuszona korzystać z tego, co miałam w łazience. Postanowiłam posprawdzać inne produkty i porównać z moim świętym graalem. Co z tego wyszło? 





Najpierw porównajmy wygląd obu produktów:

Płyny znajdują się w przezroczystych opakowaniach, co uważam za atut i podstawę w przypadku takich produktów. Dzięki temu możemy dokładnie wiedzieć ile kosmetyku nam zostało do zużycia i ewentualnie się zabezpieczyć na wypadek denka. Opakowanie Garniera jest przezroczyste, natomiast Lirene zabarwione na różowo.


Cena:

Lirene ma 200 ml w cenie ok.14 zł natomiast Garnier w Biedro za dwa opakowania w promocji (jeden w cenie 50 %) za 24 zł - tu chyba nie muszę pisać o ile bardziej opłaca się Garnier.


Zapach: 

Garnier jest bezzapachowy, czyli jak najbardziej na plus, jednak Lirene pachnie na tyle ładnie i delikatnie, że również daję mu punkcik. Same musicie ocenić co wolicie.


Działanie:

Lirene:
-nie domywa makijażu,
-jest niewydajny, do zmycia twarzy muszę używać co najmniej 3 wacików, a i tak nie mam rozpuszczonego tuszu,
-po dłuższym używaniu mam wysyp
-co najgorsze- szczypie w oczy
-nie zauważyłam żadnej poprawy w zmniejszeniu widoczności naczynek- są bardziej zaognione przez tarcie

Podsumowując dla Lirene: NIE, NIE NIE. Nie polecam. Garnier robi wszystko na odwrót- czyli po prostu działa. Domywa makijaż, jest średnio wydajny (wg mnie takie opakowanie powinno starczać na dłużej), nie zapycha, nie szczypie w oczy ani nie podrażnia.


Wybór jest prosty :) Po co przepłacać jak za tym nie idzie jakość.

W kwietniu pojawią się jeszcze co najmniej 2 wpisy. Ostatnio miałam przestój z powodu m.in mojej poprawki w Akademii Transportu i kosztowało mnie to MNÓSTWO czasu. Tęskniłam za pisaniem :)



wtorek, 13 marca 2018

Michał Szafrański "Finansowy Ninja"

Witam w to wtorkowe popołudnie.
Nadeszła ta niesamowita chwila, w której podzielę się z Wami moją opinią na temat książki , do której miałam dwa podejścia i którą czytałam bardzo długo.

Mowa o gigancie pana Michała Szafrańskiego, autora bloga jaoszczędzacpieniadze.pl . Na początek wytłumaczę, dlaczego czytałam ją dwa razy. Za pierwszym utknęłam w 1/3. Pewnego dnia odłożyłam ją i wróciłam do niej po 3 miesiącach i stwierdziłam, że to była za długa przerwa i w celu przypomnienia zacznę ją od początku. Całość czytałam ponad miesiąc. Nie jest to lektura rozluźniająca do poduszki. Jest to album, który wymaga skupienia i koncentracji. Nad jego stronami czytelnik dokonuje często refleksji, retrospekcji czy najczęściej-analizy.

Zacznę od tego, że po "Finansowego Ninje" sięgnęłam po lekturze kilku tekstów na blogu autora i poleceniach w innych publikacjach (wpisach, filmach na yt czy książkach). Chciałam zmienić coś w swoim życiu, pogłębić wiedzę z zakresu, w którym byłam zieleńsza od żaby i wiedziałam, że potrzeba mi drogowskazu. Jak na prośbę okazało się, że autor bloga taki drogowskaz już nam dał, trzeba tylko po niego sięgnąć. Kupiłam więc książkę, która kosztowała mnie trochę więcej (przypominam, że nie oszczędzałam wtedy i dodatkowe pieniądze zdobywałam poprzez redukcję rozrywki czy jedzenia na mieście) a dzisiaj napiszę czy było warto.

"544 strony wiedzy o oszczędzaniu, zarabianiu, optymalizacji podatkowej i inwestowaniu. Wiedza, którą powinieneś otrzymać w szkole."

Oto słowa Pana Michała, z którymi się zgadzam. W jego książce otrzymamy podstawy wiedzy z zakresu finansów. Poznamy nie tylko instrumenty, ale i sposoby działania oraz wskazówki sprawdzone przez niejedną osobę. Niewątpliwym atutem były "pigułkowe" podsumowania każdego rozdziału, które w sposób bardzo przejrzysty i ultra konkretny systematyzowały najważniejsze zagadnienia rozdziału.  Bardzo podobało mi się to, że na początku autor przedstawił psychologiczne aspekty zarządzania pieniędzmi i ich wydawania. Bardzo dobitnie pokazał paradoks w jakim żyje wiele osób- zarabiamy by wydawać i od razu konsumować to, co trafi w nasze ręce. Tak jesteśmy nauczeni. Tylko ile osób to kwestionuje? :)
Musze przyznać, że ten kilkudziesięciostronicowy wstęp jest ogromnym walorem albumu.

Chciałam napisać teraz o innych rozdziałach, które mi się podobały, ale musiałabym wymienić prawie całą książkę , ponieważ prawie każdy unit był interesujący i wnósł dużo do mojej wiedzy. Wolę najpierw odpowiedzieć na pytanie: Jakie  treści mi się nie podobały?
Nie podobał mi się kalkulator finansowy i rozdział o podatkach. Kalulator dlatego, że przyswajałam go 3 razy z rzędu, ale za każdym razem czytając kolejne strony czułam się tak znudzona, że miałam ochotę odłożyć książkę. Mimo to rozumiem zasadność przytoczenia go w książce (to właśnie narzędzie, swoją drogą przydatne). Rozdział o podatkach-bo podstawy były mi dobrze znane i w sumie to była powtórka z kilkoma wyliczeniami. Nie interesowało mnie to niestety i czytało mi się długo. Chociaż interesuję się w małym stopniu inwestowaniem to niestety ten rozdział w pewnym momencie zaczął mnie nużyć na tyle, że czytałam go chyba najwolniej ze wszystkich. 
Mimo tych kilku minusów warto napisać o świetnym, merytorycznym rozdziale nt.kredytu hipotecznego i kupowaniu a wynajmowaniu domu. Naprawdę dużo z niego wyciągnęłam. "Oszczędzanie na co dzień" i "Finansowy rozkład jazdy" to również moi ulubieńcy. 

Jeszcze raz podkreślę- autor używa bardzo prostego języka, czytając mamy wrażenie jakbyśmy rozmawiali ze znajomym. W dodatku wszystko co możliwe jest rozrysowane. Plus za to. 

Tyle względem treści, bo nie chcę za dużo zdradzać. 

Chcę odnieść się jeszcze do jednej rzeczy. Mianowicie do głosów krytyki, które pojawiają się względem treści książki. W internecie napotkałam opinie osób, które twierdziły, że są rozczarowane tym, że w książce są zbyt podstawowe informacje, że chcą więcej. Osoby te podawały się za czytelników bloga. Powiem tak: dla mnie jako osoby niezaznajomionej z tematem finansów ta książka to święty graal, który jest przewodnikiem i podstawą do dalszego zdobywania wiedzy. Myślę, że autorowi przede wszystkim chodziło o to, aby właśnie taką książkę stworzyć. Jest tam opisane wszystko krok po kroku , o czym powinna dowiedzieć się osoba taka jak ja. Natomiast osoby ,które oczekiwały więcej, dam Wam przykład:
Od wielu lat jestem włosomaniaczką. Boga Anwen czytałam prawie od początku istnienia. Kiedy autorka bloga wydała swoją książkę nie mogłam się jej doczekać. Byłam podekscytowana jak małe dziecko i ją kupiłam. Informacje w niej zawarte okazały się zupełnie mi znane i już wcześniej przyswojone. Jednak zamiast być zła i mieć pretensje byłam w stanie zrozumieć, że od czegoś trzeba zacząć, najlepiej od podstawy i ona tak zrobiła. Pewnie gdyby wydała kolejną książkę to treści byłyby bardziej zaawansowane, jednak na początek to świetnie, że osoby które nie wiedzą tyle co ja będą mogły skorzystać.
Tyle w temacie :)

Na koniec- uważam, że posiadam wspaniałą lekturę. dzięki której będę coraz bardziej świadomą osobą, a moje finanse będą coraz lepiej zarządzane. Jestem człowiekiem, który bardzo często po przeczytaniu jakiegoś albumu pozbywa się go. Mogę zagwarantować sobie i Wam, że tego się nie pozbędę. Mam plan czytać go wyrywkowo w celu gruntowania wiedzy. Bardzo polecam. 

Dziękuję Panu Michałowi za wydanie tak wartościowej książki i życzę dalszych sukcesów zawodowych. Pozdrawiam, Klaudia

piątek, 9 marca 2018

Zamówienie z Minti Shop

Cześć.
Dziś postanowiłam podzielić się z Wami moimi ostatnimi zakupami kosmetycznymi.
Głównie kolorówką (chociaż będą tu dwa produkty z pielęgnacji) i odżywkami do włosów.
Ostatni taki wpis miał miejsce chyba nigdy (albo dwa razy) więc dziś nastał ten piękny dzień.

Zakupy robię rzadko i jeśli już się na coś zdecyduje to jest to przemyślane. Produkty, które zobaczycie poniżej to efekt co najmniej dwóch miesięcy zastanawiania się i kompletowania.

Najpierw pokażę Wam zakupy z Natury i apteki, a później Minti.


Ostatnio brakowało mi masek i odżywek. Te, które wybrałam:
  • Kallos Algi (ma bardzo wysoką opinię na wizażu)
  • Gliss Kur odżywka z olejkami (pachnie obłędnie!)
  • Dove odżywka z lawendą (zapach również piękny)
Jestem w fazie testowania i porównywania ich między sobą. 



Ostatnio postanowiłam przetestować kremy bb i jako pierwszy poleciał ten z Ziaji. 
Skończył mi się także krem do twarzy z Cetaphil, a że jest najlepszy i starcza na ok.3 miesiące to zamówiłam go ponownie :) Używam na dzień. Pod makijaż idealny.
p.s na noc używam Retimax 3000 i muszę przyznać, że moja skóra bardzo pozytywnie na to reaguje


Mój kolor - 020. To już chyba trzecia kredka. Uwielbiam ją. Daje ultra naturalny efekt, ma grzebyczek do wyczesywania nadmiaru produktu. Razem z żelem z Gloden Rose do brwi stanowią duet idealny. 



To czas na gwóźdź programu. 



Za zamówienie zapłaciłam 191 zł. Zapomniałam o korektorze z Hean, ale nie wszystko stracone, jeszcze mogę zamówić. 

Najbardziej zależało mi na peelingu enzymatycznym do twarzy i blend it oraz tuszu do rzęs z Bourjois. 

Co do gąbeczki to używam jej codziennie, gdy nakładam na twarz Revlon. Nie wyobrażam sobie w inny sposób go aplikować. Wybrałam wersję marmurkową, ponieważ wytrzymuje kilka miesięcy codziennego używania, a chodzą głosy, że te w jednym kolorze są dużo gorszej jakości. 


Na bazę z Zoevy zdecydowałam się przez opinie na wizażu. Od roku jestem nakierowana na keeper z Inglota, ale tym razem Zoeva wygrała, bo była na Minti :)

Tusz w 2 egzemplarzach, bo mama też się skusiła. Bardzo go polecam, jest w przystępnej cenie na stronie . Nie skleja, wydłuża i ładnie rozdziela. Mam bardzo nędzne swoje rzęsy, a mimo to lubię działanie tego produktu. 


Kiedy tylko zauważyłam,że mój colorstay się kończy, wiedziałam, że kolejny egzemplarz znajdzie się w koszyku. Najlepszy podkład jaki miałam. Nie zapycha, wygląda jak fotoshop i mimo to nie robi maski. Minusem jest odcień, ponieważ muszę go rozjaśniać, ale z tonu mi pasuje. 

Na Vianek zdecydowałam się w celu testowania kremów bb. Wcześniej kupiłam z Ziaji i chciałam mieć jeszcze jeden do porówania na bieżąco. Ponad to, jedne z moich ulubionych youtuberek MarKa pozytywnie się o nim wypowiadały. 


Czarne mydło z Nacomi to dla mnie peeling enzymatyczny na twarz. Póki co użyłam go 1 raz i jestem bardzo zadowolona, ale to tylko "świeża" i niekompletna opinia :)


To wszystko. Pewnie o niektórych produktach pojawi się za kilka miesięcy opinia. 
Ja zapomniałam o dwóch kosmetykach- wcześniej wspomnianym korektorze Hean i pilniczku, ale tak jak pisałam-wszystko da się nadrobić :)

Spokojnej nocki. ,