czwartek, 21 września 2017

Co mówić swojemu półtorarocznemu dziecku?

Od jakiegoś czasu zastanawiałam się nad wpisem, w którym postaram się zebrać- MOIM ZDANIEM- najważniejsze komunikaty, które powinniśmy kierować do dziecka (werbalne i niewerbalne). W tytule adresuję do półtorarocznych szkrabów, ale tak naprawdę powinniśmy mówić i zachowywać się tak wobec dziecka niezależnie od wieku, w którym się znajduje. To, o czym zaraz przeczytacie odnosi się do wiedzy, którą nabyłam poprzez moje relacje z rodzicami, książki, studiowanie psychologii czy obserwacje mojej córki, która reaguje na to wszystko w sposób pozytywny. Zapraszam do lektury.

1.Mówić "kocham Cię" i przytulać

Każdy poniższy punkt jest przydzielony losowo, jednak jako pierwszy musiał być ten, o mówieniu dziecku  że je kochamy, przytulanie, całowanie i głaskanie go. Dlaczego to jest takie ważne? Bo dzięki temu dziecko czuje, że jest wyjątkowe, że niezależnie od wszystkiego jest na świecie osoba, która go nie zostawi. Bo przez dotyk informujemy go o swoich uczuciach, o tym, że dbamy o niego. Przekazujemy swój zapach, ciepło, a w spojrzeniu pełnym miłości dziecko rośnie. Kiedy słyszy, że najważniejsza osoba w życiu je kocha buduje na tym swoje poczucie wartości. Julia słyszy to codziennie i wiem, że rozumie. Przytulam ją, bo dzięki temu, że pokazuję jej iż ma cudowne ciałko, do którego chcę się tulić- jest piękna. Nieważne czy będzie miała jakiś defekt, ona też kocha swoje ciałko. Często również powtarzam jej po wyrażeniu miłości "jesteś bardzo mądra i piękna". trzymam się tej kolejności, bo chcę ją uczyć, że jej piękno polega na jej mądrości a nie tylko wyglądzie zewnętrznym.

2.Być przykładem

Chciałam wkleić tu mema, na którym matka trzymającą w dłoni komórkę (a obok niej dziecko z komórką)  pyta kobiety, która czyta i trzyma książkę w dłoniach (a obok niej dziecko czytające książkę) jak ona to robi, że jej maluch czyta. Myślę, że nie trzeba udzielać na to odpowiedzi :) Ja kocham książki, kocham czytać i widzę jak moje hobby przekłada się na Julię. Ma w swojej biblioteczce około 20 książek, które najczęściej ogląda w kojcu i "czyta" na głos, a ja w tym czasie leżę ze swoim albumem na łóżku. Obserwuje mnie i robi to samo. Czasami prosi (wstając i podając mi lekturę) abym przeczytała jej opowiadanie. Wtedy odkładam moją książkę i to robię (bo jest ważniejsza od moich hobby).
Tak samo jest ze sprzątaniem. Codziennie angażuję ją w czynności uporządkowania naszej przestrzeni. Zabieram się do pracy, a później dzielę się z nią miotłą, daję jej własną szmatkę. Oczywiście, takie czynności trwają dłużej, ale wyrabiam w niej dobre nawyki. Zauważyłam również jak takie modelowanie (dziecko uczy się zachowań obserwując rodzica) ma wpływ i pozytywny i negatywny. Jedząc niezdrowo (chipsy) czy krzycząc uczę tym samym moją córkę takich zachowań. Dlatego mam bardzo duży motywator, aby tego nie robić :)

3. Dziękować i uczyć wdzięczności

Udowodniono , że osoby wdzięczne są dużo bardziej szczęśliwe i w większym stopniu doceniają to, co maja lub dostają. Jeśli tak, to jest to najlepszy argument do tego, by uczyć wdzięczności swoje dziecko. Kto by nie chciał mieć szczęśliwszego dziecka ? Julia mając półtoraroku za każdym razem otrzymując coś - dziękuję (dokładniej macha bardzo nisko główką :) ). Wcześniej trzeba było jej o tym przypominać, ale już zapamiętała.

4.Uczyć kreatywności

Dzieci mają bardzo bogatą wyobraźnie i dosłownie potrafią bawić się wszystkim, jednak z czasem ich wielowymiarowy świat i wyobraźnia zostają poddane "obróbce". Uważam, że na ile tylko mogę powinnam rozwijać w moim dziecku to, co wyjątkowe i uczyć, że owszem, są schematy, ale najlepsze jest wychodzenie poza nie. Dlatego często zaskakuję ją podczas zabawy i nie tylko, bawimy się na dworze w deszczu, używamy moich kosmetyków do malowania obrazków, robimy z taczki pojazd, zachęcam ją do poznawania i próbowania. Wspieram jak się czegoś boi i już na tym etapie pokazuję, że jeśli się nie odważy to nie pozna nowych rzeczy. Próbuję dawać jej różne potrawy, słuchamy bardzo różnej muzyki i sprawdzamy do czego da się tańczyć (a da się do wszystkiego :D).

5.Ustalić zasady i być konsekwentnym

Dziecko potrzebuje zasad. Bez nich nie wie, na ile może sobie pozwolić, jest zdezorientowane, nie zna granic swoich i innych, a przede wszystkim NIE CZUJE SIĘ BEZPIECZNIE. Brak owej konsekwencji podważa to poczucie, ponieważ dziecko nigdy nie wie czy za takie czy inne zachowanie dostanie karę, czy może to zrobić czy nie. Żyje w chaosie. Pamiętajcie, że niekonsekwencja stanowi dla dziecka większą krzywdę niż pobłażliwość.

6. Nie dawać "łatek" ani nie poniżać

Kto nigdy nie słyszał , że "on jest niejadkiem" , "on jest zawsze niegrzeczny" , "nigdy się nie nauczysz" , "jesteś głupi i brzydki". Jakie to przykre, prawda? Wyobraźcie sobie, że od dziecka słyszycie takie komunikaty od osoby, która jest dla was wzorem i autorytetem. Jak w to nie wierzyć? Jak dziecko, dla którego jesteście wszystkim ma o sobie myśleć inaczej? Jak w ogóle coś takiego może kogoś zmotywować? To, że dziecko nie je pewnych rzeczy, albo je mniej nie znaczy, że jest niejadkiem. Znaczy, że pewne rzeczy mu nie smakują (tak, tak nie tylko dorosły wie co lubi a co nie) albo że najada się tym co zje i mu wystarcza. To, że dziecko zrobiło coś źle, nie tak jak powinno być zrobione nie oznacza, że jest głupie tylko, że jest małe i właśnie się tego uczy, a my mamy obowiązek mu pomóc. To, że kogoś uderzyło albo nakrzyczało nie znaczy, że jest brzydkie, ono nie znało innej techniki, która by zadziałała w sytuacji konfliktu, ale to my jako rodzice mamy pokazać i nauczyć jak zrobić inaczej.

7.Nie krzyczeć

Jak się czujecie kiedy ktoś na Was krzyczy? Poniżeni? Niesłusznie potraktowani? Przestraszeni? No właśnie ,a dziecko czuje to jeszcze mocniej. Czy zwiększa w Was to agresję? Działa? Na mnie krzyk nie działał w ogóle, zaczynałam płakać i dzięki temu, że mam bardzo mądrych rodziców rzadko ktoś na mnie krzyczał. Ja też tego nie robię. Jeśli chcę zdobyć Julii uwagę klaszczę w dłonie lub mówię nieco głośniej, ale nie krzyczę. To nie pomoże.

8. Podziwiać

Dzieci, maluszki w szczególności ciągle się czegoś uczą, a co za tym idzie- robią masę błędów. Często wtedy rodzice się irytują i można usłyszeć "źle! Przecież Ci mówiłam jak masz to zrobić" i robią to za dziecko. Czego się uczą ? Że nie warto próbować, bo i tak nie zrobią tego tak dobrze jak dorosły (a przecież nigdy nie zrobią) i zniechęcą się do próbowania i uczenia (+ wyuczona bezradność i rozszczenowość,bo zawsze ktoś coś za nich zrobi). Dzieci naprawdę się zniechęcają kiedy im coś nie wyjdzie i to, czego potrzebują to słowa otuchy i docenienia starań. Warto wtedy powiedzieć "wow, super Ci idzie" "bardzo dobrze, ale spróbuj jeszcze raz i wyjdzie jeszcze lepiej" "świetnie, popraw to i będzie jeszcze idealnie". Maluszki często nie lubią się przebierać, ale wyćwiczyłam u Julki chęć do tej czynności, bo po niej następuje komplement "ale pięknie w tym wyglądasz" , "ojej jaka śliczna księżniczka" , a na jej malutkiej twarzy zawsze gości uśmiech :) Wzmacniajmy dobre zachowania dzieci poprzez komplementy, to działa.

9.Pokazywać ,że jest ważniejsze od innych

Kiedy dziecko stara się nam coś powiedzieć , a my je notorycznie ignorujemy może dojść do wniosku , że nie jest dla nas zbyt ważne i zacząć (lub nie) zwracać na siebie uwagę w nietypowy sposób np. bić, krzyczeć itd. Nie znaczy to oczywiście, że za każdym razem musimy poświęcać mu uwagę w 100 %, czasami warto (podczas rozmowy z kimś innym) przeprosić rozmówcę i powiedzieć dziecku "wyjaśnię Ci to za 5 minut, jak dokończę rozmowę". Odradzam również zbywania dziecka podczas korzystania z telefonu czy komputera, bo przez modelowanie, (o którym wcześniej) dziecko może nauczyć się ignorancji w stosunku do nas.

10.Uśmiechać się i rozweselać

Kto chce, by jego dziecko chodziło wesołe i uśmiechnięte? Ja! Dlatego codziennie rano, po obudzeniu witam Julię uśmiechem, staram się ją rozweselać,bo nie ma piękniejszego dźwięku od jej uśmiechu. Jeśli ona ma być radosna, muszę również być taka ja. Poza tym-uśmiech nic nie kosztuje, a jest wiele wart.

11. Pokazywać, że dawanie sprawia radość dającemu

Pięknie brzmi, ale jak uczyć półtoraroczne dziecko czegoś takiego? Już pędzę z odpowiedzią. Pokazuję Julii, że obdarowywanie sprawi jej radość poprzez cieszenie się z prezentów które mi daje. Najczęściej jest to kwiatek zerwany na podwórku, całuj, pogłaskanie, czy karmienie (tak, Julia mnie karmi :), bo robię to też ja i w ten sposób pokazujemy sobie, że dbamy o siebie i się kochamy).

12.Nie zmuszać do zabawy z innymi

To może być dla kogoś kontrowersyjne, dlatego dałam to jako ostatnie. No bo jak to tak? A no tak, że owszem, w procesie socjalizacji uczymy dzielenia się, wspólnej zabawy wychodzenia z egocentryzmu dziecięcego do kolektywnych zachowań, ale... czy lubicie zadawać się z osobami, które Wam nie pasują, denerwują Was albo działają na nerwy? Nie sądzę. Dziecko też ma swoje preferencje i nie z każdym musi dzielić czas. Oczywiście, zachęcajmy je do zabawy, ale nie z każdym, albo inaczej: jeśli pomimo warunków i chęci rodzica dziecko nie chce się z kimś bawić , to nie deperecjonujmy go negatywnymi komentarzami, bo ma do tego prawo.



wtorek, 12 września 2017

"Ja inkwizytor: Dotyk zła" Jacek Piekara

Cześć :)

Recenzja fantastyki to u mnie rzadkość. Ksiązki tego typu czytam naprawde sporadycznie- najczęściej wtedy,gdy potrzebuję oderwania się od poradników, psychologii i tego typu rzeczy. Do dzisiaj jednak pamiętam niesamowitą lekturę Grzędowicza "Pana Lodowego Ogrodu". Była niesamowita, pierwsza cześć najlepsza, druga 8/10, a trzeciej nie skończyłam. Przedobrzone.

Co sprawiło, że sięgnęłam po pana Piekary? Tematyka czarownic, wiedźm, herezji. Chciałam wcześniej kupić sobie książkę o wiedźmach i zastanawiałam się między "Młotem na czarownice" Sprengera , a inną, o tym samym tytule ww autora. Nie padło na nikogo, bo mój tata wypożyczył książki owego pana i zabrałam się od razu do lektury. Nie ukrywam- bardzo się ucieszyłam widząc te albumy na szafie, ale niestety podczas dalszej eksploracji dowiedziałam się, że książka, którą najbardziej chciałam przeczytać- "Młot na czarownice" nie należy do repertuaru księgarni ;)

Moje wrażenia są raczej pozytywne. Podobał mi się średniowieczny język oraz opisy działań inkwizytorskich. Moja wyobraźnia miała niezłą ucztę wizualizując co poniektóre procesy na skazanych. Opisy tortur spowodowały tymczasowy brak apetytu :) Często nie mogłam uwierzyć, że w tego typu albo w podobne rzeczy wierzono. Wyrażenie "ciemny lud" nabrało nowego znaczenia.  Dało mi to również obraz ówczesnego stanu wiedzy. To nieprawdopodobne jak czasy, w których żyjemy generują myśli, w które wierzymy. Za kilkaset, a nawet kilkadziesiąt lat to my będziemy zacofani i z pewnością wiele osób będzie śmieszyło życie w takim standardzie (zasobów, wiedzy). Ponad to cieszę się, że mogłam zdobyć wiedzę na temat chociażby życia- sposobu mieszkania, rytuałów codzinnych itp.- w czasach przeszłych. 

Co do stwierdzenia "Raczej" idealnie uzupełni to fragment komenatrza Canis ze strony lubimyczytać: 

Co do samych opowiadań: 'Dotyk zła' uważam za lepsze z nich, chociaż według mnie spokojnie można było zamknąć je w 50 stronach, niż w 200. Przez długi czas nic się nie dzieje, a gdy akcja ruszyła miałam już pewne wyobrażenie o zakończeniu. Co do drugiego z nich, o nazwie 'Mleko i miód' - nie mogłam go przebrnąć. W tym opowiadaniu nie działo się już nic, ale kompletnie. Dorotka mnie irytowała, była zbyt idealna, a rozbójnicy zachowywali się jak wierne szczeniaczki. Rozumiem, że takie było z pewnością zamierzenie autora, lecz mnie przyprawiało to o ból głowy, nie mówiąc o niewyobrażaaalnie wolnej akcji. Zakończenie natomiast miało być zaskakujące, a ja przyjęłam je bez mrugnięcia okiem, byleby zakończyć przygodę z tą książką.
Może nie mam aż tak "mocnej" opinii, ale osoba ta ma wiele racji. 

To, co mnie zdziwiło w samym albumie to dwie powieści w jednej. Książka to dwa osobne opowiadania o losach jednego mężczyzny Mordimera. Na początku odczułam dyskomfort- no bo jak to tak? Ale później przyzwyczaiłam się. W końcu miałam z czymś takim do czynienia w opowiadaniach Siesickiej, które czytałam dobrych kilka lat temu ("zapałka na zakręcie"...ach :) ). 

środa, 6 września 2017

Jak ograniczyć korzystanie z Facebooka?

Witajcie. 

Co chwilę spotykam osoby, które „nie mają czasu”, zazwyczaj ciągle się spieszą, robią rzeczy na ostatnią chwilę, żyją w chaosie. Problemy wiążą się z nieodpowiednim delegowaniem zadań, przestawianiem priorytetów czy jak sądzę brakiem samodyscypliny. Jest to temat na szeroką dyskusję, co nie jest celem dzisiejszego wpisu. Mam zamiar natomiast uporządkować jeden z obszarów, z którym dosyć często (według moich obserwacji) mamy problem. Chroniczny brak czasu i rozkojarzenie może się brać z nieodpowiedniego korzystania z mediów, aplikacji, platform internetowych w tym właśnie Facebooka. Odwołuję się do niego, ponieważ odkąd sama zastosowałam kilka z niżej wymienionych metod moje życie stało się bardziej spokojne, uporządkowane i zaczęłam działać, a nie odwlekać. Domyślam się, że generalizowanie tylko do tej jednej strony to duże uproszczenie, ale pozwalam sobie na nie, bo w moim przypadku to pomogło. Może ktoś także skorzysta. Zauważyłam dodatkowo uzależnienie od tej platformy i zły trend upubliczniania dosłownie wszystkiego na tablicy, jakby była to swojego rodzaju linia życia człowieka. W dodatku coraz częściej spotykam się z nie wydzielaniem sobie czasu na korzystanie z Messagera, który często włączony jest całą dobę.

Moim sprawdzonym sposobem jest celowe zmniejszanie aktywności poprzez ograniczanie upublicznianych treści. To spowoduje, że dużo mniej informacji na temat zostawionych lajków i komentarzy dotyczących tego, co dodaliśmy zaprzątnie nam głowę. Nie dzielę się wszystkimi zdarzeniami, które mają miejsce w moim życiu. Wiadomość o zaręczynach, urodzenie dziecka, randki, osiągnięcia na uczelni- to pozostaje dla mnie i moich bliskich. Ogranicza to także promowanie przedstawiania lepszego życia na platformie. Zazwyczaj mamy ochotę się tam czymś pochwalić. Piszemy o tym, co u nas dobrego, jakie sukcesy osiągnęliśmy i często nieświadomie budujemy idyllę wokół życia, pokazujemy jakie jest wspaniałe, a tak naprawdę nasza rzeczywistość nie różni się znacząco od rzeczywistości pana Kowalskiego. Oczywiście, nie twierdzę, że to złe dzielić się swoją radością, ale często po „odwiedzeniu” fejsa i przejrzeniu jak cudownie żyją inni nabieramy złej perspektywy i zniechęcenia do naszego życia (czasem, działa to motywująco). Inni mają lepiej, a my gorzej. To nakręca spiralę narzekactwa.

Niewątpliwym sposobem na to, by mniej czasu poświęcać FB jest „odobserwowywanie” znajomych. Jak dodamy kogoś do znajomego to automatycznie (przynajmniej u mnie) obserwujemy tą osobę. Jednak czy naprawdę interesuje nas to, co każdy ze znajomych dodaje na Facebooka? Mnie nie. Obserwowanie życia innych w moim przypadku ogranicza się może do 10 znajomych. Całą resztę zaraz po dodaniu odznaczam z obserwacji. To pomaga mi mieć wpływ na filtrację danych, która ukazuje się po zalogowaniu i skupianiu się tylko na tych osobach, które są dla mnie ważne. 

Przy okazji „odobserwowywania” dodam, że dobrym sposobem jest również nie lajkowanie wpisów innych osób oraz w szczególności nie komentowanie wpisów. Dlaczego? Każdy komentarz powoduje, że ktoś może się do niego odnieść, albo spowoduje, że ktoś inny również zostawi po sobie pamiątkę. To wszystko widzimy w powiadomieniach i poświęcamy temu czas. Nie mówię o rzeczach, które nas interesują i na które chcemy udzielić jakiejś opinii jednak zauważyłam, że nie jest to owocne. Co więcej zazwyczaj tworzą się z tego albo gównoburze albo konwersacje, w którym udostępnia się swoje żale czy perspektywy. Tylko kogo to obchodzi… :D

Bezpośrednio powiązanym rozwiązaniem jest także nie lajkowanie stron. Różnych. Osób publicznych, książek, filmów, różnych stowarzyszeń, zrzeszeń. Niektóre oczywiście są przydatne i pomocne, ale co z tego ,że polubisz milion stron o nazwie „jestem wredna?” „nie potrafię gotować i dobrze mi z tym” „niezależna” itp. To nie ma sensu. Jakiś czas temu miałam polajkowane pełno zespołów muzycznych, salonów sukien ślubnych czy stron o gotowaniu, a informacje, które udostępniali mnie nie interesowały i zastanawiałam się skąd takie rzeczy na mojej stronie głównej. Usunęłam ten problem. Często też profile, które polakujemy zmieniają dodawane treści i już do nas nie trafiają tym samym zaśmiecając tablicę.

Dobrym sposobem jest także selekcja znajomych. Prowadzę ją odkąd założyłam facebooka. Co jakieś 2/3 miesiące przeglądam listę osób, które są moimi znajomymi i sukcesywnie usuwamy tych, którzy nimi tak naprawdę nie są. To znaczy: nie mówimy sobie cześć, nie rozmawiamy, tych którzy dodają mnie, bo „znają z widzenia” (od dłuższego czasu w ogóle ich nie akceptuję). Po co mieć 1000 znajomych na fb skoro realnie rozmawiasz może z 100 z nich jak się spotkacie przypadkiem w sklepie?


Ostatnią propozycją na zminimalizowanie korzystania z fejsa jest ograniczenie pisania na Messengerze . Sama mam tą aplikację i widzę jak łatwo jest utrzymać z kimś kontakt. W wielu przypadkach to naprawdę pomaga- co jakiś czas piszę z kuzynką z Niemiec czy koleżanką z Lublina. Jednak zdarza się to bardzo rzadko, bo zwyczajnie szkoda mi czasu, żeby w ten sposób komunikować się z innymi. Preferuję rozmowę telefoniczną albo 5 minut rozmowy wideo. Ponad to pisanie jest bardzo ubogie i czasochłonne. Dużo więcej udałoby mi się powiedzieć wyrażając przy tym miliony emocji- mimiką czy modulacją głosu. Co z tego, że istnieją emoji skoro to zaledwie parę stanów w jakich się znajdujemy. Kiedyś zdarzało mi się naprawdę często dostawać wiadomości „hej, co słychać/ co porabiasz?” jednak teraz już nie. Dlaczego? Ponieważ najczęściej na nie nie odpisywałam albo proponowałam, że osoba ta może zadzwonić lub iść ze mną na spacer. Czasami nie było to możliwe także trudno. Nie zmuszałam się do wirtualnego kontaktu- bo go nie lubię. 


Mam nadzieję, że chociaż jedna osoba skorzysta z mojego wpisu. Mi takie podejście naprawdę pomaga i polecam je innym J

niedziela, 3 września 2017

"Zbuduj "rurociąg", którym popłyną pieniądze" Burke Hedges

Witajcie.
Dzisiaj o książce, którą przeczytałam jakiś czas temu pewnego sobotniego popołudnia. Lektura zajęła mi raptem dwie godziny.

Otrzymałam ją od kolegi, który starał się zaproponować mi "współpracę" w firmie Amway. Z oferty nie skorzystałam i nie żałuję, jednak książkę przeczytałam. Tego również nie żałuję :) 

Traktuje ona można powiedzieć o "świadomej" ekonomii. O tym, jak stała praca i posada nie gwarantują nam dochodu. Uświadamia i uczula na pewne aspekty. W zamian za pensję, która starcza (w przypadku najniższej krajowej w Polsce) na minimum egzystencjalne oferujemy swój czas, jego większość. Najlepsze jest to, że kiedy nie będziemy zdolni do wykonywania pracy nie dostaniemy praktycznie nic. Dzięki lekturze nabywam inną perspektywę, a dla mnie to ważne, kiedy dzięki książkom zmieniam sposób patrzenia, moja perspektywa staje się bardziej holistyczna. 

Na kilku historiach pan Hedges pokazuje jak ciężką pracą jesteśmy w stanie wypracować system, który po czasie będzie na nas sam pracował. Zwraca uwagę na to, co opłacalne. Nie stosuje aforyzmów przez które przemawia, nie uspokaja, że "nie napracujesz się, a dostaniesz". Nie jest to niepoprawny optymista. Na swoim doświadczeniu buduje bazę wiedzy, którą przekazuje w książce. Jest także powtarzalny, ale nie monotematyczny. Trafia do mnie językiem prostym, bez używania terminologii z wąskiego grona. 

Powoduje ona także chęć zgłębiania tematu dalej. Dowiadywania się co z tymi finansami, jak nimi zarządzać. Zachęca do eksplorowania tej dziedziny.

Podsumowując (ponieważ nie chcę przedłużać): książka jest warta tego, by ją przeczytać. Zmienia pogląd na rynek, rozszerza trochę samoświadomość, pozwala inaczej spojrzeć na to, jak czasami harujemy, by osiągnąć tyle co nic. Skłania do refleksji. Uważam, że jest to książka, która powinna być OBOWIĄZKOWA na np. podstawach przedsiębiorczości w liceum. 


piątek, 1 września 2017

Aktualizacja włosów wrzesień

Witajcie. Zaskoczenie. W tak krótkim czasie kolejna aktualizacja włosowa. Minęły ponad dwa miesiące lub jak kto woli- prawie trzy ;). W tym czasie włosy sobie podrastały, nabierały żółtości, którą usuwałam szamponem z płukanką, były raczej usłuchane. Czasem się puszyły, ale przeważnie nie mogłam narzekać. Dokarmiałam je tabletkami belissa, ale tydzień temu kolejna kuracja się skończyła (tym razem po tabletkach efekt wow widziałam na paznokciach). Jedyne, na co mogę narzekać to podrażniony skalp. Długi czas myślałam, że to łupież, jednak kiedy przyjrzałam się problemowi bliżej okazało się iż to naskórek. Zaczynam z tym powoli walczyć, ale ostatnio uwzięłam się na szampony i mam zamiar je powykańczać, a niestety mam kilka tych z SLSami (podejrzewam, że one zawiniły). W dodatku zbieram się do zakupu wcierki Jantar, która od kilku lat jest moją ulubienicą, jednak sierpień i wrzesień miały być miesiącami, w których nie kupię żadnych kosmetyków (póki co uległam raz w Rossie na promocji -49 % i wzięłam dwie odżywki do włosów).
Kilka dni temu zdecydowałam się podciąć końcówki i pofarbować odrosty, ale nie standardowo- od głowy , a raczej pasemkami tak, aby utworzyły swojego rodzaju ombre. Ten efekt- ciemniejszych włosów od góry podoba mi się na tyle, że znowu mam ochotę aby przy skóry twarzy ich kolor był naturalny. Niestety, ale odrosty, które wcześniej były farbowane przy czubku głowy wyglądają jak od linijki (co widać na zdjęciach). Efekt jaki uzyskałam po farbowaniu jest idealny. Co do podcięcia końcówek fryzjerka powiedziała, że nie jest to konieczne, ponieważ nie są zniszczone! Sukces :) Nie ukrywam, jak wiele radości sprawiło mi to zdanie. Pochwaliła także moją pielęgnacje. 

Przejdę teraz do najciekawszej części wpisu- zdjęć :)






Na zdjęciu poniżej włosy mokre, dlatego postrączkowane :)







Poniżej zdjęcia moich odrostów tydzień temu: 








Teraz czas na włosy po zrobieniu "ombre" odrostów :)






Czego obecnie używam?

Szampony: 
  • Balea Szampon mango
  • Joanna szampon z płukanką 
  • do oczyszczania Jantar do włosów suchych i zniszczonych
Maski:
  • Najnowsze odkrycie Mysterium maska wzmacniająca: czarnuszka, żeń-szeń, kofeina. Jest FENOMEALNA. Już od dawna nie miałam takiej tafli sypkich włosów jak po tej masce. Chyba przygotuję o niej wpis,bo nie widziałam zbyt wielu recenzji. 
  • Biowax czarna z kawiorem (cały czas raz w tygodniu)
Odżywki:
  • Balea mango- w duecie z szamponem najlepiej działa 
  • Nivea protect&care 
Inne produkty:
  • Elseve odżywka w sprayu do włosów suchych i zniszczonych
  • CHI- jedwab na końcówki 
  • Jedwab z aloesem Green Pharmacy 
  • Oliwka Hipp przed myciem włosów, raz w tygodniu 


Miłego piątku. 

wtorek, 22 sierpnia 2017

Dove Advanced Hair Series, Regenerate Nourishment

Witam, dzisiaj o dwóch produktach marki Dove.



Zestaw był w kilku ulubieńcach (chyba RLM i Stylizacje) więc i ja się skusiłam przy okazji promocji . Odżywki i szamponu używałam razem z mamą i starczył nam na 3 miesiące (w między czasie używałyśmy kilku innych produktów ).




Jakie mam wrażenia ? 

Zapach: produkty pachną pięknie. Powiedziałabym, że typowym zapachem Dove,ale mają w sobie jeszcze coś. Woń duetu utrzymuje się na włosach 2/3 dni. Sama odżywka z innym szamponem równie długo. Jest to niewątpliwa zaleta dla tych, którzy lubią mieć pachnące włosy :)

Konsystencja: W przypadku szamponu- leista, powiedziałabym, że dosyć gęsta, natomiast odżywka- taka jak lubię, czyli gęsta, nie spływająca z dłoni.Na plus.

Działanie: szampon utrzymuje włosy świeże przez max 1,5 dnia, czyli standard. Odżywka natomiast oprócz zapachu dużo nie daje, bo włosy są sztywne, a czasami zupełnie spuszone.  Jeśli używam je w duecie to mam zagwarantowany puch, a jeśli z innym szamponem- sztywność.  Trochę nie rozumiem tych zachwytów. Używać dla samego zapachu to trochę słabo. Podsumowując działa słabo.

Cena/ wydajność: za 250 ml zapłacimy ok.20 zł. Jak na to, że duet starcza na dość długo (zdecydowanie szybciej zużywa się odżywka) to wydajność jest w porządku. Tutaj nie mogę się przyczepić. Jednak jeśli zanalizuję to, że w sumie produkty nie działają tak, jak tego oczekuję to cena jest wysoka. Jeśli miałabym kupić dla samego zapachu- brałabym, ale oczywiście nie jestem aż tak zdesperowana i raczej do czerwonego duetu nie wrócę.


wtorek, 15 sierpnia 2017

Niezbędnik turysty w górach

Cześć.
Za dwa dni wybieram się w góry. Z tej okazji postanowiłam przygotować dzisiejszy wpis. Przedstawię Wam mój niezbędnik górski, gdyż latem odwiedzam je już piąty raz. Zapraszam J

1.       Wygodne buty- zastanawiałam się, czy o tym pisać, bo to przecież oczywistość, ale jak to z oczywistościami bywa- najczęściej o nich zapominamy. Dla mnie- jako osoby, która robi wiele km po szlakach górskich- jest to niezwykle ważne. Moje ulubione buty to no name kupione w „Świecie butów” kilka lat temu. Ala trapery wykonane ze skóry. Od 4 lat korzystam z nich i ani razu się nie zawiodłam. Jeśli stopa ma odpocząć od cięższych butów polecam New balance. Nie polecam natomiast Conversów :D




2.       Pomadka ochronna- niby nic, a jednak. Za każdym razem będąc w górach i wychodząc na szlak  muszę mieć na ustach coś, dzięki czemu nie wyschną mi na wiór i nie popękają. Naprawdę to jest must have!



3.       Płaszcz przeciwdeszczowy- ile to razy zdarzyło się go użyć? Nie zliczę. Zajmuje bardzo mało miejsca i jest niezawodny. Co prawda stopy i tak przemokną, ale cała reszta- nie. Zdjęcia brak, ale wierzę, że wiecie jak wygląda taki płaszcz :D 

4.       Wygodna rozpinana bluza- oczywiście może być też nierozpinana, ale ja preferuję tę, którą łatwo ściągnąć lub „przewietrzyć”.  Rozpinamy się i od razu nam chłodniej. A różnice temperatur to normalne zjawisko podczas wędrówek po górach. Raz zapomniałam o niej i uwierzcie- brakowało. Od 4 lat towarzyszy mi jedna i ta sama, na zdj poniżej. Chociaż sfatygowana to jeszcze ją trzymam. Przydaje się także w późne wieczory kiedy to piszę posty :D 



5.       Nerka- czyli mała saszetka, którą zaczepiamy w pasie. Nawet jeśli niosę plecak (w którym mam dużą wodę, coś do przegryzienia, mapę, płaszcz przeciwdeszczowy itd.) to nerka jest jak najbardziej wskazana. Trzymam w niej najczęściej małą wodę, gumki i wsuwki,czasomierz (rzadko jest to telefon) oraz pieniądze.



6.       Czapka z daszkiem i krem z filtrem- zapisałam to razem, ponieważ nawazjem się uzupełniają. Czapka chroni przed słońcem głowę (jeśli idziecie kilka godzin to jest ona więcej niż konieczna!), natomiast filtr skórę twarzy i ramiona.



7.       Gumki i wsuwki do włosów- coś niepozornego, bez czego ja nie mogłabym wyjść na szlak. Na szczytach wieje wiatr, po drodze również, a po co się męczyć z włosami, które przylepiają się do nabalsamowanych ust?



8.       Mały aparat cyfrowy- dodałam to na koniec, bo chociaż uważam, że jest to niezbędne, dla niektórych wcale takie nie musi być. Pierwszy raz w tym roku zdecyduję się na cyfrówkę, bo rok w rok cierpiałam nosząc ze sobą Nikona. Zdjęcia owszem, były piękne, ale kosztem marudzenia i gorszego humoru. Lustrzance mówię nie.



To wszystko. Na pewno wezmę więcej rzeczy i wiele z nich będzie również istotnych jednak o najważniejszych napisałam powyżej. Tą listę bierzcie z przymrużeniem oka, ponieważ nie jestem jakimś zagorzałym turystom i pewnie o wielu rzeczach nie wiem. Jednak jak na amatorkę zakochaną w górach- to jest dla mnie niezbędne.

W tym roku zabieram ze sobą córeczkę- 1,5 roczną Julkę. Jestem podekscytowana i trochę się stresuje, ale już się nie mogę doczekać. Razem będziemy podziwiać widoki :) Jak już wrócę to zastanawiam się nad wpisem nt.niezbędnika dla takiego maluszka. Może coś przygotuję.

Dodam również,że w niedzielę nie dodam wpisu o kolejnej przeczytanej lekturze, ponieważ nie będę miała jak. Internety zostawiam w domu i cieszę się wyjazdem :)

niedziela, 13 sierpnia 2017

"Im mniej tym więcej" Joshua Becker

Cześć :)
Dzisiaj pora na moją "perełkę" , czyli książkę, do której często będę zaglądać.



O minimalizmie przeczytałam już 4 pozycje:
"Chcieć mniej" Kędzierskiej, którą uważam za top 1 w tej dziedzinie
"Magia Sprzątania" Marie Kondo
"Tokimeki" Marie Kondo
oraz "Im mniej tym więcej" Becker'a

Muszę przyznać, że eksplorowanie tego tematu dostarcza mi bardzo dużo zmian, przemyśleń, a co więcej- zwyczajnie mnie interesuje. Po lekturze trzech poprzednich książek wprowadziłam już kilka innowacji, jednak cały czas nie mogłam sobie odmówić zakupów książkowych i ubraniowych. Uprzątnęłam znacznie swoje ubrania, wyrzuciłam nieużywane kosmetyki, jednak kiedy zrobiło mi się trochę miejsca myślałam jakby je zapełnić. Chociaż w tej kwestii wychodzi mi stawianie na zasadę "mniej, ale jakościowo więcej" to w przypadku książek jest inaczej. Zdarza się także, iż podczas promocji na kosmetyki ciężko mi sobie odmówić.Tak jak pisałam w tym poście: KLIK na zakup decyduję się, gdy mam pewność, że wiedza z książki posłuży mi więcej niż raz lub gdy chcę poznać twórczość kogoś i wyrobić sobie opinię na jego temat czy poznać dane zagadnienie. Patrząc na te kryteria nie łatwo jest  dokonać minimalizacji zakupów. Może to w ogóle nie wyjść (bo np.każdego autora chcę "sprawdzić"). Tym sposobem pozwoliłam sobie na kilka bardzo nieprzemyślanych nabytków i w mojej szafie znajdują się książki, które nie powinny już zajmować w niej miejsca. Do października chcę znacznie uszczuplić moją kolekcję. Zobaczymy czy to wyjdzie. To tak słowem wstępu...najważniejsze jest to, że książka, o której dzisiaj to jedna z tych, którą zatrzymam w mojej szafie na pewno ,bo będę do niej wracać. Dlaczego? 

Po pierwsze- napisana jest bardzo ciekawie. W większości poradników mamy do czynienia z momentem, w którym ją odkładamy i być może znajdujemy motywacji, aby znowu po nią sięgnąć (jak w przypadku Grzesiaka). Jednak tutaj za każdym razem czekałam na wolną chwilę, by móc do niej usiąść. 

Joshua w bardzo ciekawy sposób pokazuje jego przemianę i dodaje kilka przypadków osób, które czasem w dramatyczny sposób zaczęły kierować się minimalizmem. Świetnie opisuje także siłę reklamy na nasze postrzeganie świata. Chociaż wiedziałam, że telewizja manipuluje nami (i dlatego od bardzo dawna jej nie oglądam) to autor odwołał się do reklam i mediów w ogóle. Także tych internetowych, które na mnie mają bardzo duży wpływ. Niemałym atutem książki jest również rozdział o nauce minimalizmu dzieci i młodzieży. Wcześniej się z tym nie spotkałam i niesamowicie mnie to zainteresowało. Już mam plany na Julię :D Tylko sama muszę stać się idealnym wzorem do naśladowania, a to wciąż ćwiczę ;) W kwestii książek również znalazłam dużą motywację do pozbycia się niektórych za sprawą podrozdziału "na półkach" (nie będę spoilerować )

Jedną z ważniejszych lekcji, jakie wyciągnęłam z lektury było to, że dużo bardziej opłaca się komuś coś oddać niż sprzedawać. Miałam również okazję się o tym przekonać. Wcześniej wielokrotnie oddawałam rzeczy m.in do PCK lub GOPS-u jednak kiedy przeprowadziłam naprawdę WIELKIE porządki i pozbywałam się raz ubranej sukienki studniówkowej, nowych swetrów ale ze złym składem czy ubrań, które leżały w szafie, bo "myślałam,że je ubiorę" to stwierdziłam, że za takie ubrania chciałabym coś dostać. Do wykonania zdjęć zbierałam się 2 miesiące- do obróbki tydzień, a sam opis kosztował mnie trzy godziny czasu. Plus dodawanie zdjęć, odpisywanie na komentarze. A zysk ? 10 zł za sukienkę, którą kupiłam za 100 zł i ubrałam ją dwa razy. Myślałam, że się popłaczę, bo ceny naprawdę były niskie, a wystawianie wszystkiego zajęło mi mnóstwo czasu. Dopiero po lekturze "Im mniej tym więce" byłam w stanie wziąć te rzeczy (dwa worki niezużytych ubrań) i odwieźć do GOPS-u. Czy poczułam żal, smutek i rozpacz? Nie. Poczułam się lekko. Może i nie zarobiłam, żeby wydać to na kolejne ubrania,ale w zamian mam pewność, że ktoś się z tego będzie cieszył. 

Komu polecam tę ksiazkę ? Każdemu bez wyjątku :) 

czwartek, 10 sierpnia 2017

Ostatnie zakupy książkowe

Cześć. 
Czasami pokazuję Wam kosmetyczne zakupy, ale tym razem podzielę się ostatnimi zakupami książkowymi. Chociaż od początku roku staram się wprowadzić minimalizm do mojego życia-różnie to wychodzi. Moim postanowieniem jest, że będę dokonywać zakupów książkowych "z głową", czyli kierować się ich użytecznością. Tym, że sięgnę do nich jeszcze nie raz, a rady przydadzą się w prostszym życiu. Czasami też ważne są treści, które chce lepiej przyswoić,poznać Zdarza się również, że mam zamiar poznać lepiej czyjąś twórczość i dlatego, aby wyrobić własne zdanie kupuję książkę autora (bo np.nie mogę jej znaleźć w bibliotekach).


W przypadku zakupów, które zobaczycie poniżej trzy z nich nie zostały kupione właśnie w oparciu o te zasady czego żałuję i albo je sprzedam, albo oddam do biblioteki. Zobaczymy.  Może kogoś z Was moje zakupy zainspirują. 


To trzecia książka Pana Mateusza i niestety, ale znowu na niej "utknęłam". Przeczytałam 1/3 i nie mogę ruszyć dalej. Tak samo było w przypadku poprzednich dwóch. Codziennie sobie obiecuję "chociaż 50 stron" i słabo mi to wychodzi. Te książki nie są nudne ani bezwartościowe, tam otrzymujemy konkretną wiedzę...jednak nie mogę się przemóc i do niej usiąść. Zazwyczaj znajdę coś ciekawszego do poczytania. 


Recenzja tej książki w niedzielę :)


Jest to jedna z dwóch książek autorki, którą przeczytałam (Tokimeki to ta druga). Niestety, nie pojawiła się recenzja, bo książkę przeczytałam w kwietniu, zanim zaczęły pojawiać się regularne wpisy. Bardzo serdecznie ją polecam, z pewnością będzie często używana. Zmienia zupełnie światopogląd. Jest bardzo konkretna i uczy kierowania się rozsądkiem połączonym z uczuciami, co zazwyczaj pozostaje w kontraście. Przeczytam ją ponownie po nowym roku i zrecenzuję. 


Recenzja ksiązki tu: KLIK


Mam plan ją niedługo przeczytać , także pod koniec sierpnia/ na początku września spodziewajcie się recenzji. 


Recenzja książki tu:KLIK


Jest to książka, która kupiłam pod wpływem impulsu, czego żałuję. Chociaż sama w sobie jest bardzo dobra, przeczytałam ją prawie całą w 13sto godzinnej podróży pociągiem, to jednak nie wiem czy przeczytam ją ponownie. Nawet jeśli (bo jest bardzo ciekawa) to nie widzę sensu trzymać jej w szafie. "W sam raz na raz". 


Recenzję tej ksiazki znajdziecie tu: KLIK

Na zdjęciach brakujesz jeszcze ksiażki "Małe cuda" , której recenzję napisałam tu : KLIK . Niestety, ale ponownie bym jej nie kupiła, bo to ten typ książki "w sam raz na raz" . 




poniedziałek, 7 sierpnia 2017

"Pedofilia. 30 wywiadów z pedofilami" Douglas W. Pryror

W wielkim uproszczeniu: pedofilia to zaburzenie seksualne polegające na chęci, dążeniu i seksualnym spełnianiu swoich potrzeb i pragnień seksualnym z dzieckiem, najczęściej poniżej 16 roku życia. Zaburzenie to jest udziałem zarówno kobiet jak i mężczyzn. 


Dziś o książce bolesnej, ciekawej, szokującej i bardzo potrzebnej. 

Autorem książki jest amerykański socjolog Douglas W. Pryor, profesor Uniwersytetu w Towson. Specjalizuje się on w szeroko pojętej problematyce seksualności, a jego zainteresowania naukowe koncentrują się wokół zachowań dewiacyjnych. Jest autorem jeszcze dwóch prac na temat biseksualizmu. 

"Pedofilia. 30 wywiadów z pedofilami" to dokładny opis grupy mężczyzn, którzy dopuszczają się niewyrażalnego czynu. Na podstawie bardzo dokładnego i czasochłonnego badania profesor pokazuje perspektywę, z której raczej nikt nie patrzy- perspektywę sprawcy, a nie ofiary. Nie stara się bynajmniej umniejszać win czy robić z przestępców osoby, które zostały same skrzywdzone. Stara się naprawdę zrozumieć "dlaczego". Moim zdaniem jest to bardzo ważne, ponieważ zazwyczaj, aby odpowiedzieć sobie na to pytanie (o ile je w ogóle zadamy) odpowiedzi są zdawkowe, albo ograniczają się do kolokwializmów typu " bo jest porąbany i nienormalny". Ponadto w genialny sposób autor obala mit jakoby pedofil=osoba nieprzystosowana do życia społecznego, brutal, zwierze. Jak się okazuje pedofil może być osobą, która codziennie rano w sklepie odpowiada Ci "dzień dobry" i sumiennie wywiązuje się z obowiązków ojcowskich, zapewniając m.in byt rodzinie.  

W książce pan Pryor uszczuplił swoje badanie do 30 mężczyzn, którzy molestowali dzieci (chłopców i dziewczynki) poniżej 16 r.ż. Robili to raz bądź wielokrotnie, ich ofiary to własne dzieci, pasierbice, dzieci znajomych, sąsiadów. Działania pedofilów obejmowały epizod bądź wiele działań i czynów w ciągu kilku lat. Dane tych osób nie zostały ujawnione. Z każdym przestępcą przeprowadzał trwające kilkugodzinną sesję (czasem dwie,trzy) pogłębione rozmowy, wywiady. Bardzo podobało mi się to, że pytania, które zadawał zostały dołączone jako załącznik z tyłu książki.  

Na samym początku dowiemy się z kim pracował prof.Pryor- kim byli mężczyźni (bez dokładnych danych osobowych), dlaczego akurat nawiązał współpracę z tą grupą, jak wyglądało badanie od strony formalnej, w jaki sposób badacz uzyskiwał zgodę osób na udział (te materiały również znajdują się w załączniku na końcu książki). W sposób bardzo szczegółowy dowiemy się jak wyglądało badanie od strony formalnej, czego często nie znajdziemy w takich książkach (a nawet jeśli to nie aż tak dokładnie- ok.50 stron). To oczywiście przemawia za rzetelnością zebranych danych. Kolejne rozdziały to informacje na temat dzieciństwa sprawców, narastania problemów  w dorosłości i przejściu w tryb molestowania. Właśnie te treści były jak dla mnie najbardziej druzgocące i ukazujące jak szerokie spektrum działań patologicznych ma miejsce w życiu dzieci. Wnioskiem, który nasunął mi się z lektury tych rozdziałów było to, że w większości osoby, które dopuszczały się tak okrutnych czynów same "wywodziły" się z głębokiej patologii,w której mimo pozorów tkwili mentalnie. Po drugie (a o czym autor bardzo często pisał w dalszej części książki) dla pedofilów często nie ma pomocy. Zdanie to brzmi może bardzo okrutnie, ale jeśli przeczytacie tą pracę to zrozumiecie. Nikt oczywiście nie stara się umieszczać ich win. 

To, w jaki sposób dochodziło do wabienia i wyciągania ofiary, kolejnych przestępstw oraz kontynuacji regularnego molestowania to tytuły rozdziałów następnych. Każdy przypadek został dokładnie opisany z próbą wniosków na ich temat. 

Ciekawym i dla mnie bardzo "refleksyjnogennym" (co za neologizm :D) był rozdział "Odchodzenie od molestowania i publiczne ujawnienie". Uważam, że można z niego wyciągnąć wiele wniosków, które niekoniecznie mogą się nam spodobać, bo powodują dysonans w zderzeniu z tym, jakie do tej pory mieliśmy przekonania. 

Niewątpliwym plusem książki są (jak już wcześniej pisałam) załączniki, które znajdują się z tyłu publikacji, obejmują : wywiad tematyczny-przewodnik, zgoda na udział w badaniu, dane statystyczne dotyczące przypadków, interpretację retrospektywną). W dodatku znajdziemy tam także literaturę zalecaną na poruszony temat. 

Kiedy tylko zobaczyłam tą lekturę na stronie TaniaKsiążka KLIK , z której zawsze kupuję albumy stwierdziłam, że na pewno ją zamówię. Podczas zakupy trafiłam na promocję z 69 zł na 55 co jeszcze bardziej mnie zadowoliło. Zabrałam się za nią ochoczo i uważałam, że to kwestia 3 dni aż ją skończę. Myliłam się. Lektura zajęła mi tydzień. Był to czas bardzo trudny. Często podczas poznawania szczegółów przestępstw musiałam odkładać książkę na bok. O jedzeniu podczas czytania nie było mowy. Dzieło to wywarło na mnie ogromne wrażenie. Polecam ją gorąco każdemu i mam wielką nadzieję, że temat ten zostanie sprawdzony jeszcze szerzej, ponieważ odniosłam wrażenie, że jest on traktowany pobieżnie. 

środa, 2 sierpnia 2017

Praktyki psycholożki w psychiatryku

Cześć! Dziś wpis trochę niecodzienny. Opowiem Wam parę słów o moich praktykach.
Słowem wstępu zaznaczę, że właśnie ukończyłam trzeci rok studiów stacjonarnych, jednolitych na kierunku psychologia. W tym również roku wybrałam specjalizację i odbyłam praktyki, które obejmowały 50 godzin. Co do specjalizacji wybrałam tą, na której przedmioty wydały mi się najciekawsze- rozwojówkę. Zastanawiałam się jeszcze przez chwilę nad spec.zdrowia i rehabilitacji, ponieważ myślałam o pracy z osobami starszymi i w szpitalach, jednak specjalizacja nie powstała. Kliniczna jest interesująca, ale przy moim nakładzie obowiązków czuję, że nie dałabym rady z nauką, ponieważ zazwyczaj jestem przygotowana do zajęć i odczuwam silny lęk jak nie jestem nauczona, a nauki na tej spec.jest mnóstwo. No i społeczna...nie wybrałam jej z uwagi na to, że program i prowadzący nie zainteresowali mnie, jednak mam zamiar w przyszłości pracować w jednym z obszarów społecznej- związanej z psychologią pracy i organizacji. Mimo to wolę spędzić dwa lata ucząc się czegoś, co mnie interesuje, a nie się męczyć.

Kiedy pora było wybrać miejsce odbywania praktyk zwracałam uwagę na dwie rzeczy:
1) aby było w miarę blisko (Bydgoszcz miała być ostatecznością)
2) aby było "ciekawie" 

Jak się okazało udało mi się spełnić moje dwa warunki. Praktyki podjęłam w Szpitalu dla Psychicznie i Nerwowo Chorych w Świeciu. Blisko i ciekawie. Niektórych może dziwić mój wybór z uwagi na to, jaką specjalność wybrałam. Już się tłumaczę- chcę w życiu spróbować wielu rzeczy, a zagadnienie normalności i nienormalności interesuje mnie od początku studiów, a może nawet i od podstawówki. W owym szpitalu na co dzień stykam się z tymi, którzy budzą dyskomfort, czasem śmiech czy politowanie. Za takimi osobami (jeśli nie Chciałam ich poznać, chciałam poznać specyfikę tej pracy i dostrzegać problem oraz nieść pomoc osobie, która widzi ufoludki albo przyleciała z kosmosu. 

Wrażenia, jakie miałam po pierwszym dniu były raczej negatywne. Po powrocie do domu dostałam silny ból głowy, prawie migrenowy, na który nie pomogły tabletki. Czułam, że to trochę za wiele jak na początek. Myślalam, że będę się tylko przyglądać, a moja opiekun rzuciła mnie na głęboką wodę. Dodam, że trafiłam na świetną babeczkę, która mnie prowadziła. Kompetentna, ogarnięta i faktycznie chciała mnie czegoś nauczyć. Kontynuując na początku poznałam zasady działania placówki, by później gościć w gabinecie dwie osoby, którym miałam się przyglądać i  słuchać jak rozmawiają z Magdą i ewentualnie sama zadawać pytania. Już pierwszego dnia wprowadzałam dane o pacjentach z obserwacji do systemu komputerowego ICD-10. Kiedy dzień się miał skończyć, a ja iść do domu mieliśmy przyjęcie, przy którym uczestniczyłam i robiłam notatki, aby wprowadzić je do systemu. Spotkałam się z osobą, która miała omamy i urojenia, opowiadała o głosach i chowała się za krzesłem. W obecności ordynatora zadałam tej osobie kilka pytań. Byłam zestresowana.

Kolejne dni również obfitowały w stres, ale z każdym kolejnym przyzwyczajałam się bardziej do ludzi i specyfiki miejsca. Uczestniczyłam w dyskotece z pacjentami, w arteterapii, grillu, przeprowadzałam testy psychologiczne, udzielałam wielu wywiadów pogłębionych.
Warto wspomnieć także o obchodach w Szpitalu Psychiatrycznym, ponieważ znacząco różnią się od tych w „typowej” placówce. Rozmowy wyglądają zupełnie inaczej, uczestniczy w nich ordynator, psychiatra, psycholodzy :P Najczęściej po takiej rozmowie ustala się oddziaływania, głównie farmakologiczne na osobę. Czasem zaleca się rozmowę z psychologiem, dodatkowe badania.

Poniżej zamieszczam dziennik praktyk czyli to, co robiłam :

Dzień pierwszy:
Czas pobytu: 8:00-14:00.
8:00- zgłosiłam się do działu kadr jako praktykantka.  Zostawiłam tam dokumenty i umowę oraz dowiedziałam się, o której i w jakim miejscu będę miała spotkanie z panem , który przedstawi mi zasady działania placówki. Skierowano mnie do Oddziału I.
8:15-9:00- zapoznałam się z opiekunem praktyk, zostały mi przedstawione ogólne zasady, kadra oraz oprowadzono mnie po oddziale.
9:00-10:00- odbyłam szkolenie z panem informatykiem. Pouczono mnie o poufności danych osobowych i wrażliwych, zakazach filmowania, robienia zdjęć.
10:00- 13:00- przeprowadzałam w obecności pani psycholog rozmowy z pacjentami- w gabinecie odwiedziły nas dwie osoby, które chciały porozmawiać. Notowałam istotne informacje, a później wprowadzałam opisy obserwacji psychologicznej do systemu komputerowego i drukowałam je. Zapoznałam się także z baterią testów, którymi opiekunka praktyk posługuje się w swojej pracy z chorymi.
13:00-14:00- byłam obecna podczas przyjęcia i badania pacjenta przez ordynatora, notowałam co pacjent mówił. Później wraz z panią psycholog zadawałam pytania pacjentowi. Po skończonym badaniu i rozmowie wprowadziłam obserwację do systemu i wydrukowałam to.

Dzień drugi:
Czas pobytu: 8:00-14:00.
8:00-9:00 rozmowa w gabinecie ordynatora o pacjentach na oddziale, wypisach i ogólnym stanie zdrowia
9:00-10:30 szkolenie BHP, na którym dowiedziałam się o zagrożeniach, planie ewakuacji i środkach ostrożności jakie mam zachować w placówce.
10:30-11:00 zapoznałam się z testem MOCa oraz innymi testami wykorzystywanymi w placówce. Poznałam zasady obliczania testu i jego interpretacji.
11:00-11:30 w ramach ćwiczeń powiadomiono nas o pożarze i ewakuowaliśmy się wraz z pacjentami z budynku.
11:30-12:00 poszłam na dyskotekę  pacjentów z oddziału na którym mam praktyki i aktywnie uczestniczyłam w ich zabawie, tańcach. Obserwowałam jakie osoby z mojego oddziału tańczą i są aktywne, jak się zachowują.
12:00-12:30 opiekun praktyk oprowadziła mnie po całym obszarze Szpitala, opowiadała o każdym z oddziałów. Weszłyśmy umówić się do jednego z nich na rozmowę z pacjentką na następny dzień. Kobieta ma zaburzenia seksualne i jest „prowadzona” przez moją panią psycholog.
12:30-14:00- przeprowadziłam wywiady z trzema pacjentami- pytałam odnośnie życia rodzinnego, pracy, tego jak znaleźli się w szpitalu oraz wprowadzałam dane z obserwacji do komputera i drukowałam je.

Dzień trzeci:
Czas pobytu: 8:00-14:00
8:00-9:00 zejście na oddział II i rozmowa z psychiatrą i psychologiem na tematy pacjentów z oddziału.
9:00-10:00 wpisywanie do systemu ICD-10 obserwacji psychologicznej dwóch pacjentów  z minionego dnia, z którymi rozmawiałam .
10:00-11:30 spotkanie z pacjentką, która ma problemy seksualne oraz obserwacja jej i przysłuchiwanie się rozmowie między nią a opiekunką moich praktyk. Zapisywanie istotnych informacji na kartkę.
11:30-12:00 uczestnictwo w grillu na terenie Szpitala i obserwacja pacjentów z mojego oddziału, rozmowa z nimi.
12:00-12:30 zapoznawanie się z testem MMSE oraz Testem Zegara.
12:30-13:30 wywiad ogólny z pacjentem z lekkim otępieniem umysłowym, kolejno wykonanie przez niego testu MMSE oraz Testu Zegara.
13:30-14:00 omówienie wyników z opiekunem praktyk.

Dzień czwarty:
Czas pobytu: 8:00-15:00
8:00-9:00 rozmowa z dyrektorem i psychiatrą o stanie ogólnym pacjentów, wypisach.
9:00-10:30 obchód oraz obecność przy ustawianiu leków i decyzji o wypisach pacjentów.
10:30- 13:30 pobyt w czterech oddziałach- dwóch o zaostrzonym rygorze dla dorosłych oraz dla dzieci i młodzieży, oddziale damskimi męskim o podstawowym stopniu , rozmowa z psychologami, oglądanie oddziałów, sal. Poznawanie specyfiki pracy psychologa w każdym z tych miejsc.
13:30-14:00 rozmowa z pacjentem, który dwa dni wcześniej podjął nieudaną próbę samobójczą. Przeprowadziłam wywiad pogłębiony.
14:00-15:00 uzupełnianie obserwacji psychologicznej w systemie o pacjencie, a także przysłuchiwanie się rozmowie prowadzonej przez opiekun praktyk ze schizofrenikiem paranoidalnym.

Dzień piąty:
Czas pobytu 8:00-14:30
8:00-9:00 rozmowa z ordynatorem i psychiatrą o stanie ogólnym pacjentów,wypisach.
9:00-10:30 obchód oraz obecność przy ustawianiu leków i decyzji o wypisach pacjentów.
10:30- 14:30 rozmowy z pięcioma pacjentami: z każdym osobno przeprowadziłam wywiad szczegółowy, miałam dwóch pacjentów z FAS, jednego z otępieniem i ciężką depresją (wykonałam mu także Skalę Depresji Montgomery-Asberg oraz Krótką Skalę Oceny Stanu Umysłowego) , dwie osoby ze schizofrenią paranoidalną, z jednym panem wykonałam WISKA-d.

Dzień szósty:
Czas pobytu 8:00-14:00
8:00-9:00 rozmowa z ordynatorem i psychiatrą o stanie ogólnym pacjentów.
9:00-10:30 obchód oraz obecność przy ustawianiu leków i decyzji o wypisach pacjentów.
 11:00-13:00 uczestnictwo w artterapii pacjentów, obserwowanie ich podczas zajęć oraz rozmowa. Pacjenci rysowali obrazki, malowali je, odbijali kalką, składali chustki.
13:00-14:30 opisywanie obserwacji terapii w systemie pięciu pacjentów.

Dzień siódmy:
Czas pobytu 8:00-12:00
8:00-9:00 rozmowa z ordynatorem i psychiatrą o stanie ogólnym pacjentów.
9:00-10:30 obchód oraz obecność przy ustawianiu leków i decyzji o wypisach pacjentów.
10:30-12:00 rozmowa z dwoma nowoprzyjętymi pacjentami. Jednego z depresją, drugiego ze schizofrenią paranoidalną. Przeprowadziłam wywiad pogłębiony.

Dzień ósmy:
Czas pobytu 8:00-12:00
8:00-9:00 rozmowa z ordynatorem i psychiatrą o stanie ogólnym pacjentów
9:00-10:30 obchód oraz obecność przy ustawianiu leków i decyzji o wypisach pacjentów.
10:30- 12:00 wprowadzanie danych o pacjentach z poprzedniego dnia do systemu komputerowego, zapoznanie się z dokumentacją nowego pacjenta

Dzień dziewiąty:
Czas pobytu: 8:00-12:00
8:00-9:00 rozmowa z ordynatorem i psychiatrą o stanie ogólnym pacjentów.
9:00-10:30 obchód oraz obecność przy ustawianiu leków i decyzji o wypisach pacjentów.
10:30- 12:00 rozmowy z pacjentami na korytarzu, żegnanie się , podpisywanie dokumentów z panią opiekun.

Jakie mam wrażenia po praktykach w Szpitalu dla Psychicznie i nerwowo Chorych w Świeciu?
Bardzo pozytywne. Nauczyłam się tam bardzo wielu rzeczy, których nie nabędę na studiach ucząc się teorii. Miałam okazję pracować z pacjentami, poznawać ich problemy, obniżać stres chociażby rozmową. Tęsknię za tym miejscem.


niedziela, 30 lipca 2017

"Noc ognia" Eric-Emmanuell Schmitt

Kolejna niedziela, kolejna recenzja.
Na książkę pana Erica- Emmanuella trafiłam z polecenia moich rodziców.
W samym albumie podobała mi się okładka, prosty, ciekawy tytuł i to, że nie jest zbyt gruba (wiem, że to nie świadczy w ogóle o jakości treści, ale chciałam wreszcie coś krótszego). Zdecydowałam się, że poświęcę jej 2/3 wieczory. Tak też się stało.

Książkę czyta się szybko, jednak momentami bywa bardzo monotonna i miałam wrażenie, że często się powtarza. Jest napisana prostym językiem, mimo że traktuje o trudnych tematach. Autor w sposób nienachalny przedstawia świadectwo wiary, cud, który mu się przytrafił  na Saharze.Sam ustosunkowuje się do niego dwojako. Z jednej strony jako doświadczenie mistyczne, z drugiej- racjonalnie- naukowo. Nie narzuca nam żadnego myślenia na temat jego doświadczeń. Uważam, że jest to walor, ponieważ często zdarzenia, które mają charakter religijny są od razu interpretowane jako objawienie, zesłanie, cud. Może warto zostawić też innym to do rozważenia i osądzenia. Zaznaczę również, że autor nie był osobą wierzącą, kiedy wybierał się na wyprawę po Saharze. Dzięki temu jest to jeszcze bardziej ciekawe czy wiarygodne. 

Niewątpliwą zaletą książki są dywagacje autora na tematy filozoficzne. Od początku zainteresował mnie sposób myślenia autora, który napisał tą książkę. Przedstawia tam tezy na istnienie Boga, które obala. Rozmawia z osobą głęboko wierzącą i sprawia, że pozostaje pewien dyskomfort w człowieku kiedy patrzy na kwestie wiary z perspektywy autora. 

Po przeczytaniu książki Smittcha nie odczuwałam niedosytu. Niestety, zadowolenia też nie. Zbyt wielu przemyśleń również nie spowodowała. Ciężko mi się do niej ustosunkować, bo nie mam ani pozytywnych ani negatywnych odczuć wobec niej. Czy ją polecam? Nie wiem... może jeśli ktoś szuka potwierdzenia na istnienie życia poza naszą rzeczywistością... czegoś, co wymyka się spod naszej kontroli i rozumu to tak. Jednak ja jej na pewno nie przeczytam ponownie.

Jeśli chodzi o inne powieści autora to miałam jakiś czas temu "Oskara i panią Różę". Niestety, ale chociaż większość osób się nią zachwyca, ja nie dostrzegłam nic ciekawego. Chyba się nie polubimy z autorem. Nie mam zamiaru sięgać po kolejne jego książki. 

piątek, 28 lipca 2017

Olejek do kąpieli ISANA

Cześć. Dzisiaj chciałam napisać o produkcie, którego od dawna nie braknie w mojej łazience. Mowa o produkcie, olejku pod prysznic z Isany. Jakiś czas temu mogliście o nim przeczytać w ulubieńcach : KLIK Do niedawna używałam go pod prysznic i do kąpieli, ale od pewnego czasu stosuję do mycia pędzli i gąbek.



OPIS PRODUKTU:
„Olejek pod prysznic z dodatkiem olejku sojowego i słonecznikowego jest idealny do codziennego oczyszczania skóry suchej i podrażnionej. Zawartość pantenolu i witaminy E chroni przed wysuszeniem oraz sprawia, że staje się ona gładka i delikatna. Bez dodatku mydła.”


Konsystencja: leista, jak na olejek bardziej płynny  niż np.oliwa z oliwek, olej z migdałów. Mi bardzo odpowiada, jednak czasem zwłaszcza podczas kąpieli powoduje to bardzo duży ubytek produktu. Warto, aby w przyszłości miał pompkę do wydobywania odpowiedniej ilości.

Zapach: dla mnie przepiękny. Niektórzy porównują go do zapachu ryby, ale ja pytam tych osób WTF. Jakby tak ryby pachniały to byłoby super. Zapach jest piękny, nienachlany, świeży i przez jakiś czas utrzymuje się na skórze.

Działanie: oprócz domywania bardzo dobrze nawilża skórę. W moim przypadku jest to bardzo duży walor, ponieważ moja skóra jest wymagająca i szybko przesusza się. Kiedy używam innych żeli, płynów to zawsze muszę po tym zaaplikować balsam czy oliwkę (inaczej jest ściągnięta) natomiast po tym produkcie niekoniecznie. Jeśli mowa o drugim zastosowaniu- myciu gąbek i pędzli, produkt sprawdza się lepiej niż mydła, szampony, żele. Używam go od 2 miesięcy w tym celu i zawsze mam domyty blend it, czego wcześniej nie udawało mi się zrobić. Akcesoria makijażowe pięknie pachną po wyschnięciu.

Cena i wydajność: za 200 ml zapłacimy 6 zł, ale często są na niego promocje. Myślę, że w porównaniu do działania jest to niska cena, natomiast w porównaniu do wydajności średnia. Do kąpieli zużywam produkt w tydzień/półtora, a do mycia akcesoriów starcza na niecały miesiąc (pędzle myję co 3 dzień). Jestem w trakcie chyba 7 butelki i gorąco polecam. Znajdziecie go na 100 % w Rossmannie.