niedziela, 19 listopada 2017

Harry Potter J.K Rowling

"Książe Półkrwi" i "Insygnia śmierci" to dwa tomy Harrego Pottera, które ostatnio przeczytałam.
Muszę przyznać, że są to książki działające na mnie jak narkotyk. W każdej wolnej chwili chciałam po nie sięgać, przeczytać chociaż stronę więcej. Nocami śniły mi się dziwne rzeczy z tematyką magii. Przed spaniem nie mogłam jej odłożyć.

Ostatnia część była szczególnie wciągająca, ponieważ film widziałam tylko raz i kompletnie nie pamiętałam jak to wszystko ma się skończyć. Oczywiście, po przeczytaniu zabrałam się za zaległości filmowe :)

W księciu znajdowało się dużo szczegółów z życia bohaterów powieści, które bardzo przyjemnie mi się czytało. Nie odczułam żadnego zmęczenia tematyką, co w przypadku takich książkowych olbrzymów często się zdarza. Podobały mi się wątki dotyczące Slughorna, relacji Hermiony z Ronem i zawodów z nowym kapitanem quidditcha. 
Byłam zdziwiona natomiast ostatnią częścią. To, ile było w niej rozszerzonych wątków, jak wreszcie wszystkie pozostałe części ułożyły się w całość i związały w jedną historię było niesamowite. Czułam, jakbym przemierzała całą historię Harrego od początku, z zupełnie innej perspektywy. Książkę czytałam z wypiekami na twarzy. Tym większe było moje zdziwienie i rozczarowanie kiedy zabrałam się za film. Nie mogłam uwierzyć jak bardzo spłaszczono fabułę i ile rzeczy zostało pokazane inaczej niż w lekturze. Rozmawiałam na ten temat z Filipem, którego podejście do ekranizacji mnie zaciekawiło i dało do myślenia. Do niedawna byłam święcie przekonana, że jeśli film jest na podstawie książki to powinien być wierną kopią tego, o czym czytamy. Nie lubiłam zbytnich uproszczeń i pomijania połowy treści. Denerwowało mnie niesamowicie, kiedy coś odbiegało od historii pokazanej w książce. Natomiast Filip uważa, że film to wizja reżysera, że to on tworzy, posiłkując się o treść nowe obrazy i sceny. Jest to inna perspektywa i interpretacja. Muszę przyznać, że skorygowałam swoje myślenie, ale nie na tyle, aby nadal nie odczuwać zawodu ostatnią częścią filmu. W insygnii denerwowało mnie, że nie ma już tyle Hogwartu, o którym tak lubiłam czytać. Jednak podobało mi się ile wiadomości o Tomie Riddlu można było z niej wyciągnąć. Plus zagadki i poszukiwanie przez trójkę przyjaciół horkruksów podsycało głód odnośnie wiedzy tego, co stanie się dalej. 

Bardzo serdecznie polecam KAŻDEMU przeczytanie książki. Szczególnie osobom (o ile takie są) które nie miały okazji obejrzeć filmu. Do dzisiaj urozmaicam sobie dzień stosując zaklęcia <np.accio pieniądzę> szkoda tylko, że nie działają :D 










Miłej niedzieli. Ja wczoraj skończyłam "Kobiety Kaddafiego" (o czym za tydzień) oraz jestem w połowie "Współczesnej bogini". 

czwartek, 16 listopada 2017

Projekt stylówka # 4

Cześć :)
Kolejny wpis poświęcony szukaniu stylu i gotowych zestawów.Wstęp sobie pominiemy. Chyba wiecie o co chodzi. 

Od razu zaznaczam, że moje stylizacje nie  były w zeszłym tygodniu przemyślane. Co więcej, składają się z wielu ubrań i limit 6 został poważnie przekroczony. W dodatku zdjęcia są bardzo słabej jakości przez mój zniszczony telefon i w związku z tym od tego tygodnia robię je aparatem (cyfrówką). Od grudnia będę mieć nowy telefon i wszystko powinno się poprawić :)

PONIEDZIAŁEK:



kurtka- Primark
Sukienka- pull&bear
buty-Lasocki


WTOREK:


Nie, nie byłam wtedy na uczelni, stąd mój sportowy strój. 

bluza-Primark
t-shirt- biały z Primarka
legginsy- Gatta (drogie i bardzo szybko się pokulkowały,odradzam)
buty-New Balance



ŚRODA:



Jest to strój z pierwszego projektu stylówki z tym, że z innymi butami.
kurtka-Primark
sweter- Only
spodnie- Zara
pasek- H&M
buty- New Balance 

Do następnego!

niedziela, 12 listopada 2017

Minimalizm w szafie

Dzień dobry. Jakiś czas temu, przy okazji krótkiej recenzji "Chcieć mniej" napisałam o zauważalnej zmianie, która dzięki posiadaniu mniej zaistniała w mojej przestrzeni. 


Moja historia modowa nie jest zbyt skmplikowana. Jak byłam mała większość ubrań dostawałam w spadku po starszym o dwa lata bracie. Pamiętam jak nosiłam jego bluzy i poprzecierane spodnie. Większość mojej szafy to były jego rzeczy. Zdarzało mi się dostawać ubrania, ale było to rzadko i najczęściej były to rzeczy po taniości, z rynku. Sytuacja zmieniła się około 5/6 klasy szkoły podstawowej, gdzie dostałam swój pierwszy zielony dres, niebieską rozpisano- zapinaną bluzę czy niebieskie mokasyny (takie rzeczy się pamięta, a propos te buty nosiłam aż w obu zrobiły się dziury na dwa palce). Wtedy też przestałam nosić ubrania Łukasza.  

Gimnazjum to był szalony okres eksperymentowania. Zaczęłam chodzić też na siłownie z tatą (przez dwa lata) i mój styl nazwałabym sportowym z dużą dozą hip-hopowca. W trzeciej gimbazy zaczęły przewijać się co jakiś czas stylizacje bardziej dziewczęce, ale należały do mniejszości. 

W liceum koleżanki miały ubaw jak jednego dnia przychodziłam w sukience lub spódniczce, a drugiego w szerokich dresowych spodniach (śliskich, a jakże!) i dużo za dużej bluzie. Cóż, nadal zapadam się pod ziemie jak sobie przypomnę moje "stylizacje". 

Odkrywanie "nowego stylu" przypadło na przełom klasy maturalnej i pierwszego roku studiów. Wtedy coraz bardziej świadomie zaczynałam myśleć o spójności w ubiorze i jakimś charakterze czy torze, w którym będę kreować swój styl. Wtedy też moje ubrania zaczęły być bardziej kobiece, zainwestowałam w koszule, nie nosiłam na co dzień dresów. Jednak to jeszcze nie było to. 

Na drugi rok moich studiów przypada ciąża i nie ukrywam- wtedy chyba najtrudniej szukać własnego stylu...nie inwestowałam wtedy w ogóle w ubrania, kupiłam jedynie jedną parę spodni i dwie pary leginsów. Miałam modowy zastój, wykorzystywałam większość ubrań oversize, które znajdowały się w mojej szafie. 

Jednak trzeci rok studiów to poniekąd mała rewolucja. Zaczęłam bardziej świadomie zastanawiać się nad zakupami ubraniowymi. Nadal kusiły mnie bluzy, ale wiedziałam, że już się w tym nie odnajdę. Buty sportowe, którym najczęściej ulegałam ograniczyły się do dwóch par + czterech par trampek. Mimo to nadal "nie miałam się w co ubrać" , a ubrań miałam pełno i co jakiś czas wyrzucałam stare , żeby zrobić miejsce na przepełnionych wieszakach nowym. 

Największa zmiana czekała mnie w roku 2017. Wtedy w moje ręce trafiła książka Katarzyny Kedzierskiej i po pierwszej lekturze zaczęłam coś zmieniać. Na początku było mi trudno. Pozbywanie się ubrań, których tak naprawdę nie lubiłam nosić (zawsze wybierałam coś innego zamiast nich) było męczące. Najwięcej motywacji dało mi poznanie powodów, dla których chomikuję ubrania. Dzięki nie tylko tej książce ale np.również "Im mniej tym więcej" Beckera wypisałam sobie te powody na kartce. I zrobiło mi się łatwiej. W procesie porządkowania odegrała wielką rolę Marie Kondo "Magia sprzątania". Cały proces segregacji trwał do niedawna. Tak naprawdę trwa nadal, ale teraz jestem w takim punkcie, w którym odczuwam zadowolenie z efektów. I piszę to w pełni świadomie. 

Jakiś miesiąc temu (przy okazji projektu stylówka) znowu otworzyłam szafę i postanowiłam znowu "coś" diametralnie zmienić. Z dwóch szaf na ubrania- dużej garderoby (w której miałam rzeczy) oraz małej,w której Julka miała swoje zabawki i ciuszki postanowiłam dokonać wymiany szaf z córką. Niestety Julka jest za mała żeby protestować więc z tym nie miałam problemu. Pomysł ten zakiełkował jednego dnia, a drugiego przeszłam do realizacji. Stwierdziłam,że skoro tylu ubrań się pozbyłam i mam ich relatywnie niewiele to, aby uzyskać przejrzystość przeniosę się do mniejszej. Teraz najlepsze w każdym wpisie- zdjęcia przed i po :

Najpierw same szafy i ich rozmiary:



Zdjęcia przed i po. Z lewe strony- przed, a z prawej strony-po :







Co się zmieniło?

Myślę, że dużo. To, co pozostało na swoim miejscu to <widoczne na ostatnim zdj> książki, kartony i płyny oraz moje kilka sukienek i bluza ze swetrem do chodzenia po domu. Reszta została przetransportowana i zmieniła adres zamieszkania. Jest przejrzyściej, klarowniej i ładniej. Myślę , że to widać i wiele nie muszę się rozpisywać. Przez najbliższe tygodnie/ miesiące będę się starać, aby te kilka ubrań pozostawionych u Julki zniknęło i trafiło do mojej szafy lub poza dom.

Dla mnie jest to zmiana ogromna. Zyskałam na niej mnóstwo czasu, gdyż w małej szafie z mniejsza ilością rzeczy mogę szybciej się połapać co z czym połączyć. Męczą mnie tylko sukienki, które nadal znajdują się w szafie Julci, ale jak już pisałam- staram się z nimi coś zrobić. 

Mam nadzieję, że wpis okazał się ciekawy. Dla mnie był bardzo czasochłonny, ale przyjemnie się go pisało.

Miłej niedzieli :) 

czwartek, 9 listopada 2017

Projekt stylówka #3

Cześć :)
Kolejny wpis poświęcony szukaniu stylu i gotowych zestawów. Początek przypominający o co chodzi w projekcie:

O co chodzi?

Mam zamiar co czwartek (lub piątek) pokazywać Wam moje zestawy, w które ubierałam się na uczelnię. Z racji na to, że zajęcia mam od poniedziałku do środy, to właśnie czwartek/piątek są najlepszymi dniami, aby pokazywać Wam w co ostatnio się ubierałam. 

Po co to robię? 

Aby stworzyć zestawy ubrań, które będę wykorzystywać w przyszłości.  Dodając je na bloga mam pewność, że nie zginą w czeluściach komputera (chociaż mam na nim względny porządek). Z pewnością za jakiś czas zestawienia się powtórzą, ale właśnie o to chodzi- zobaczymy na jak długo starczy mi wyobraźni i ubrań, aby tworzyć za każdym razem coś nowego. Uwierzcie- od pewnego czasu pozbywam się ubrań i wydałam z szafy...7 worków 60 litrowych (to ponad połowa tego, co miałam). 

Zasady? 

W danym tygodniu staram się wykorzystać maksymalnie 6 ubrań na 3 dni (nie licząc bielizny,  czy biżuterii). A dlaczego? Aby zdobyć łatwość łączenia ubrań. Chcę nauczyć się otwierając szafę od razu robić zestawy z tego, co w niej się znajduje. Z czasem pragnę wprowadzić zasadę 4 ubrania na 3 dni. Będę informować. 

Czym się zainspirowałam? 

Projektem Kasi Kędzierskiej z bloga Simplicite, capsual wardobe. W zasadzie to nie jej autorski pomysł, ale dzięki niej się o nim dowiedziałam i wprowadzam w życie. Poza tym oczywiście moja coraz większa miłość do minimalizmu.


Po pierwsze: w poprzednim tygodniu na uczelni byłam jeden dzień więc zobaczycie jedną "studniową" stylizację.

Po drugie: dwie kolejne będą takie same, bo siedziałam w domu i zmieniałam tylko bieliznę i skarpetki :D Także nie miałam problemu z ograniczaniem ubrań. Nie liczcie na coś szałowego.


PONIEDZIAŁEK:



Szal- był tylko do wyjścia, gdyż było zbyt zimno aby przejść z gołą szyją do samochodu, no name
Kardigan- George
Śliwkowa bluzka- H&M z bawełny organicznej- mega jakość!
Spodnie materiałowe- bershka
Buty-Anna Field


WTOREK:


Bluzka-reserved
Spodnie-Levis
Klapki z puszkiem- no name :D

ŚRODA:


To samo,co wyżej plus mega kok.

Tak jak napisałam- szału nie ma, ale nie mam zamiaru się "przebierać" do zdjęć kiedy tak naprawdę zaraz to ściągnę. Zazwyczaj jak siedzę w domu to ubieram się tak, żeby mi było wygodnie niekoniecznie pięknie. Miłego czwartku! 

wtorek, 7 listopada 2017

O czym właściwie jest ten blog?

Od jakiegoś czasu zastanawiałam się jaką tematykę ma prowadzona przeze mnie strona. W zamyśle- kosmetyki, opinie o nich i szeroko pojęta strefa beauty. Jednak od ostatniego co najmniej miesiąca, gdy znowu miałam napisać o maseczce, szamponie, kremie to mi się na starcie odechciewało, a nie o to chodzi, prawda?

Kiedy ludzie dojrzewają naturalne jest, że wiele rzeczy ulega zmianie. Robimy coś, ale w trakcie to zmienia kierunek. Czy to złe? Uważam, że właśnie na odwrót- bardzo dobre. To jest własnie rozwój. To stawanie się sobą, a nie bycie sobą. Trywialne- to, że lubię lody waniliowe w wieku 15 lat nie oznacza , że mam je lubić do końca życia, albo jeśli w wieku 20 lat opowiadam się za partią PiS obliguje mnie do tego samego zdania za 20 lat.

Co chcę przez to powiedzieć...

To, że odkąd żyję bardziej minimalistycznie (ten proces zaczął się w lutym i bardzo wolno zmniejszam swój dobytek i sposób myślenia) zmieniają się rzeczy, którym poświęcam czas. Jeśli chodzi o kosmetyki- staram się je zużywać, nie kupować. Co do rzeczy- jeszcze niedawno uznałam, że skoro się ich tyle pozbyłam ( 50 % szafy zostało opróżnione) to mogę kupować nowe, ale lepszej jakości i mniej. To był błąd. 

Jednak lekcję wyciągnęłam jedną- chcę pisać o tym, co dla mnie aktualnie ważne. Z pewnością kosmetyki też się pojawią, ale już nie będą priorytetem, bo nie jest to dla mnie tak istotne. Niedawno zaczęłam "projekt stylówka", gdzie dodaję w co się ubierałam danego dnia na uczelnię (na 3 dni zajęciowe mam do dyspozycji 6 ubrań). Nadal będę pisać o książkach (przypominam,że w tą niedzielę nie będzie recenzji). Tego, czego będzie więcej, to na pewno tematyki tzw. "parentingowej", związanej z macierzyństwem. Wartością dodaną i nową na blogu będzie opis mojego "minimalistycznego" zmagania. To, co zmienia się w mojej szafie, ale i życiu. Bo zmienia się bardzo dużo. Na pewno w grudniu kolejna aktualizacja włosowa się pojawi (ostatnio troche szaleję z nimi :P). Pod koniec miesiąca czekają ulubieńcy nowego roku akademickiego. Zastanawiam się także nad inspiracjami/wspomnieniami/migawkami miesiąca czyli przeglądem zdjęć i krótkim opisem tego, co się działo.  Zapraszam do lektury przyszłych tekstów. Dodam, że nie przewiduję więcej dłuższych przerw niż dwa tygodnie (co na pewno będzie się czasem zdarzało), a jeśli już to mam zamiar o tym informować. 

Mam nadzieję, że trochę poukładałam pewne sprawy :)
Najbliższy wpis w piątek (projekt stylówka).

Obecnie zmagam się z zapaleniem krtani Julki, właśnie robiłam jej inhalację. 
Trzymajcie kciuki, żebyśmy szybko się z tym uporały!

niedziela, 5 listopada 2017

J.K Rowling Harry Potter (5 części)

No cześć, dziś nietypowa recenzja, bo właściwie: 
-nie jest to recenzja
-opowiada o 5 książkach tej samej autorki 
-dotyczy ostatnich dwóch tygodni

Nie będę opowiadać  tego, co jest zawarte w poszczególnych częściach. Chyba każdy wie, o czym opowiadają książki Rowling. Chcę podzielić się tylko moją historią z jej przeczytaniem... 

Kilka/kilkanaście lat wstecz. W trakcie powstawania kolejnej części filmu- moja rodzina przeczytała wszystkie części, które wyszły. Byłam jedyną osobą z rodziny, która nie pochłonęła ani jednej książki. Zawzięłam się i w którejś klasie podstawówki zabrałam się za lekturę. Niestety, przerwałam po 30 stronach. Byłam niezadowolona, czytałam wolno i męczyło mnie to. W owym czasie wychodziły kolejne ekranizacje. Aż do studiów obejrzałam każdą z części przynajmniej 8-10 razy. Niedawno zabrałam się kolejny raz za obejrzenie, ale nie każdej części po kolei tylko od "Czary ognia" wzwyż (z tym,że ostatniej części film mam tylko do połowy i kompletnie nie pamiętam jak się skończyła). Ta chęć poznania końca zawładnęła mną i postanowiłam tym razem przeczytać książkę. Tata mnie poinformował, że warto, abym zapoznała się z całą twórczością , ponieważ im dalej, tym więcej było szczegółów, które nie były zekranizowane. Pomyślałam, że w sumie to fajny pomysł , aby odpocząć od książek poradnikowych czy psychologicznych. 



Pierwsze dwie części są w około 95 % odwzorowane w filmie, natomiast sytuacja się zmienia w "Czarze ognia" (kilka dodanych wątków, super opis mistrzostw w Quidditcha czy dużo szczegółowiej wyjaśniona historia Knota), a już w ogóle dużo więcej treści mamy w "Zakonie Feniksa". Dla mnie są to smaczki, które bardzo mocno wpływają na wartość książki. Dwie pierwsze części "Kamień filozoficzny" i "Komnatę Tajemnic" czytało mi się niezwykle szybko i czułam się tak, jakbym oglądała film, ciągle przed oczami miałam poszczególne sceny. Nie miałam ochoty zaglądać do kolejnej cz.książki ,ale tata mówił,że warto. Posłuchałam go i nie żałuję. Skończyłam właśnie 5 część, te 1000 stron przeczytałam w 4 dni i niebawem zabieram się za 6 część "Książe półkrwi".  Jednak czas na kilka dni przerwy, bo sowy i miotły śnią mi się po nocach :) Kolejna recenzja pewnie będzie dotyczyła dwóch ostatnich części także wydaje mi się, że przeczytacie o nich za dwa/trzy tygodnie, bo mam zajęcia i czytanie odsunę na dalszy plan.


Miłej niedzieli. 

czwartek, 2 listopada 2017

Projekt stylówka #2

Cześć :)
Dzisiaj druga odsłona "projektu". Dla przypomnienia:

O co chodzi?

Mam zamiar co czwartek (lub piątek) pokazywać Wam moje zestawy, w które ubierałam się na uczelnię. Z racji na to, że zajęcia mam od poniedziałku do środy, to właśnie czwartek/piątek są najlepszymi dniami, aby pokazywać Wam w co ostatnio się ubierałam. 

Po co to robię? 

Aby stworzyć zestawy ubrań, które będę wykorzystywać w przyszłości.  Dodając je na bloga mam pewność, że nie zginą w czeluściach komputera (chociaż mam na nim względny porządek). Z pewnością za jakiś czas zestawienia się powtórzą, ale właśnie o to chodzi- zobaczymy na jak długo starczy mi wyobraźni i ubrań, aby tworzyć za każdym razem coś nowego. Uwierzcie- od pewnego czasu pozbywam się ubrań i wydałam z szafy...7 worków 60 litrowych (to ponad połowa tego, co miałam). 

Zasady? 

W danym tygodniu staram się wykorzystać maksymalnie 6 ubrań na 3 dni (nie licząc bielizny,  czy biżuterii). A dlaczego? Aby zdobyć łatwość łączenia ubrań. Chcę nauczyć się otwierając szafę od razu robić zestawy z tego, co w niej się znajduje. Z czasem pragnę wprowadzić zasadę 4 ubrania na 3 dni. Będę informować. 

Czym się zainspirowałam? 

Projektem Kasi Kędzierskiej z bloga Simplicite, capsual wardobe. W zasadzie to nie jej autorski pomysł, ale dzięki niej się o nim dowiedziałam i wprowadzam w życie. Poza tym oczywiście moja coraz większa miłość do minimalizmu. 


Zaczynamy drugą odsłonę, jesteśmy o jeden czwartek do tyłu :)


PONIEDZIAŁEK:



Sweter- esmara
T-shirt H & M
Spodnie- Top Shop
Buty- converse
Plecak- new look


WTOREK:



Sweter- Esmara (Lidl)
T-shirt- G-Star
Spodnie- Top Shop
Buty- Lasocki
Plecak- new look


ŚRODA:



To samo co w poniedziałek (nawet włosy :D) ale t-shirt z New Yorkera 

6 ubrań. Dało się? Dało.

środa, 1 listopada 2017

"Chcieć mniej" K. Kędzierska i początek drogi do minimalizmu

Witajcie. Dzisiaj kilka słów o mojej ulubionej książce tego roku (jak na razie).

"Chcieć mniej" wpadło mi w ręce przez przypadek. Zastanawiając się z Karoliną, co kupimy sobie na święta w ostatniej chwili stwierdziłam, że chcę właśnie ją. Długo się nad tym nie zastanawiałam- gdzieś na  blogu przeczytałam pochlebną opinię  i postanowiłam spróbować. Z uwagi na to,że spodobała mi się jej prosta okładka, postanowiłam zaryzykować. I tak zaczęła się przygoda nie tylko z lekturą :)

Pierwszy raz przeczytałam ją w lutym. Wcześniej miałam kilka innych książek do lektury ,które z uwagi na temat, wydały mi się ciekawsze. Szczerze mówiąc nigdy nie interesowałam się minimalizmem, ani posiadaniem mniej. Raczej byłam konsumentem I rzędu i szukałam radości w rzeczach. W ich nabywaniu. Oczywiście, ciągle uważałam że mam ich za mało i potrzebuję więcej. Nigdy po zakupie nie stwierdziłam "teraz mam już wszystko, co potrzebuję".

Książka napisana jest przez autorkę bloga Simplicite (klik), Katarzynę Kędzierską, która kończyła prawo w Toruniu. Prowadził trzy firmy, ostatnio zaczęła inwestować w nieruchomości. Uczy, jak być szczęśliwym z posiadania mniej. Po sobie zaczynam zauważać, że jej wychodzi.

Po pierwszej lekturze książki przyszło parę zmian, przede wszystkim pozbyłam się wielu rzeczy. Jednak zmiana dotyczyła w głównej mierze stanu posiadania ubrań i dokumentów. Ograniczyłam też korzystanie z fejsbuka (wpis tutaj).Nie wyrobiłam sobie nawyków niekupowania, albo zastanawiania się nad tym, czy faktycznie czegoś potrzebuję. Czy to potrzeba, czy zachcianka.Najbardziej przeszkadzało mi , że pozbywając się rzeczy w ich miejsce kupuję nowe. Może nie w takiej ilości, ale zawsze.  Jednak zainteresowana tematem od tamtego czasu przeczytałam trzy inne książki z tej dziedziny i coś zaczęło się zmieniać.

Dopiero niedawno, na początku września zdecydowałam się znowu do niej powrócić i zacząć czytać równolegle bloga Kasi. Bardzo się ciesze, że podjęłam takie kroki, bo widzę mnóstwo zmian. Teraz już nie tylko posiadanie mniej, ale "życie" mniej. Wyrabiam w sobie nawyki.  O tym wszystkim będę pisać, ale przy innej okazji, bo zmienia się wiele. Niedługo pochwalę się tym, co udało mi się osiągnąć w kwestii rzeczy materialnych, a czego nigdy wcześniej bym nie podejrzewała :) Ale jeszcze chwilę poczekacie. Zaczęłam też wreszcie oszczędzać, bo wybierając mniej, w kwestii finansów zostaje mi więcej na koncie.

To słowem wstępu do zagadnienia, które staje mi się coraz bardziej bliskie. Myślę, że wpisów na ten temat pojawi się do końca roku co najmniej kilka. Jedną ze zmian jest "Projekt stylówka" , który też się z tym wiąże.

W samej ksiażce podoba mi się to, że zaczyna się od psychologiczno-społecznego spojrzenia na człowieka. Ujawnia wiele mechanizmów związanych z nasza psychiką. Jest naprawde ciekawa. Niczego nie narzuca, pokazuje możliwe drogi do wyboru. Nie jest nachalna. Nawet jeśli ktoś nie ma zamiaru zacząć się ograniczać w jakiekolwiek kwestii to album może okazać się po prostu ciekawy.

Polecam, chyba jak żadną inną do tej pory.


Sprostowanie

Cześć, chyba jak nigdy indziej tak bardzo cieszę się, że mogę dodać wpis :)

Przez ostatnie dwa tygodnie straciłam nadzieję na to, że pojawi się cokolwiek nowego tutaj. Powód? Nie miałam dostępu do konta. Nie mogłam się zalogować. Moje konto google stworzyłam chyba w liceum, jakoś na początku , na starą pocztę wp, którą usunęłam. Nie byłam w stanie odzyskać hasła ani stworzyć nowego, bo nie miałam dostępu do poczty, która tak naprawdę nie istniała (a numer jaki miałam podany jako pomoc w odzyskiwaniu hasła także już nie istniał). Cóż. Nawet informatyk z którym rozmawiałam nie był w stanie mi pomóc. Jednak wczoraj z pomocą przyszła Klaudia i  udało jej się odnaleźć moje hasło. Byłam bardzo szczęśliwa i jeszcze raz dziękuję. Tym bardziej, że mam już kilka wpisów przygotowanych i w tym tygodniu pojawią się co najmniej dwa zaległe- wpis z niedzielnej "recenzji" książkowej oraz "stylówka"- w czwartek. Pierwszy już dziś po południu lub pod wieczór :) 

To, co się wydarzyło spowodowało, że jeszcze chętniej i z większym zapałem mam ochotę dodawać wpisy. Do usłyszenia!



czwartek, 19 października 2017

Projekt stylówka #1

Cześć :)

Z dniem dzisiejszym rozpoczynam tzw. projekt "stylówka". Śmiesznie brzmi, co ? 

O co chodzi?

Mam zamiar co czwartek (lub piątek) pokazywać Wam moje zestawy, w które ubierałam się na uczelnię. Z racji na to, że zajęcia mam od poniedziałku do środy, to właśnie czwartek/piątek są najlepszymi dniami, aby pokazywać Wam w co ostatnio się ubierałam. 

Po co to robię? 

Aby stworzyć zestawy ubrań, które będę wykorzystywać w przyszłości.  Dodając je na bloga mam pewność, że nie zginą w czeluściach komputera (chociaż mam na nim względny porządek). Z pewnością za jakiś czas zestawienia się powtórzą, ale właśnie o to chodzi- zobaczymy na jak długo starczy mi wyobraźni i ubrań, aby tworzyć za każdym razem coś nowego. Uwierzcie- od pewnego czasu pozbywam się ubrań i wydałam z szafy...7 worków 60 litrowych (to ponad połowa tego, co miałam). 

Zasady? 

W danym tygodniu staram się wykorzystać maksymalnie 6 ubrań na 3 dni (nie licząc bielizny,  czy biżuterii). A dlaczego? Aby zdobyć łatwość łączenia ubrań. Chcę nauczyć się otwierając szafę od razu robić zestawy z tego, co w niej się znajduje. Z czasem pragnę wprowadzić zasadę 4 ubrania na 3 dni. Będę informować. 

Czym się zainspirowałam? 

Projektem Kasi Kędzierskiej z bloga Simplicite, capsual wardobe. W zasadzie to nie jej autorski pomysł, ale dzięki niej się o nim dowiedziałam i wprowadzam w życie. Poza tym oczywiście moja coraz większa miłość do minimalizmu. 

Kilka słów o capsual wardobe z bloga Kasi Simplicite : Capsule wardrobe to tzw. szafa kapsułkowa, w której znajduje się niewielka liczba ubrań, które doskonale ze sobą grają, tworząc spójną całość. Capsule wardrobe może stanowić całość szafy, zawierając w sobie wszystkie ubrania (i to jest mój cel), ale można też wykorzystać koncepcję szafy kapsułkowej, żeby doraźnie sprawdzić i wykorzystać potencjał swojej szafy.

Zaczynamy
Od razu napiszę- pierwszy tydzień działałam bez zasad- po prostu sfotografowałam swoje zestawy. Dopiero za tydzień zobaczycie "prawilną" stylówkę. Od czegoś trzeba zacząć :P 

PONIEDZIAŁEK:

Sweter-even&odd
Spodnie-zara (najlepsze czarne spodnie jakie miałam, posiadam je 2 lata i nadal nie wypłowiały)
Plecak- new look (on będzie powtarzał się w każdej stylizacji, bo kupiłam go jakiś czas temu specjalnie na uczelnie, nie lubię torebek)
Buty- Anna Field
Zegarek- Top Shop

WTOREK:


Szal- no name
Sweter- even & odd
Spodnie-zara
Pasek- h&m
Buty- Anna Field

ŚRODA:


Marynarka- H & M
Golf w paski- H & M
Spodnie, pasek, buty- jak wyżej 

Jak widzicie- mój pierwszy tydzień to 9 różnych ubrań... cóż. Do zobaczenia za tydzień, dowiecie się czy udało mi się zmieścić w 5 ubraniach :) 


Zachęcam także do zapoznania się z moją ofertą OLX, gdzie wystawiłam ostatnio ubrania, ale również statyw fotograficzny czy płyty CD link poniżej:
https://www.olx.pl/oferta/wyprzedaz-letniej-garderoby-CID87-IDpqBX9.html

Pozdrawiam

wtorek, 17 października 2017

Lot do Anglii z półtorarocznym dzieckiem

Cześć. Ostatnio pisałam o braku czasu ze względu na lot, który odbyłam razem z Julią. Podróżowałyśmy do Anglii. Wraz z moją kuzynką i jej roczną córką, postanowiłyśmy, że odwiedzimy jej męża i rodzinę na wyspach. Nie wykupiłyśmy jednak miejscówek koło siebie i w dwie strony każda odbywała lot ze swoją córką. Zaznaczę, że leciałam pierwszy raz, tak jak moje dziecko. Była to wyprawa na 3 dni i chociaż jest to bardzo krótko, niesamowicie się cieszę, że miałam taką okazję. 

Przygotowywania: 
Lot wykupiłyśmy około miesiąc wcześniej, linie którymi leciałyśmy to Ryanair. Za mnie i Julię w dwie strony zapłaciłam 350 zł. Uważam to za bardzo dobrą cenę. Tym, co mnie dziwło był fakt, że bilet powrotny dla Julii jest droższy od mojego, a mimo to musi siedzieć u mnie na kolanach. Do wyjazdu nie przygotowywałam się jakoś szczególnie. Jedną sprawą, którą musiałam załatwić szybciej, było wyrobienie dowodu Juleczki, na którego czekałam około 3 tygodnie. Dzień przed lotem wydrukowałam bilety, przygotowałam akt urodzenia córki oraz spakowałam walizkę. W podróż oprócz mojej 12kg-mowej towarzyszki wzięłam walizkę (7 kg)oraz wózek. 

Lot:
Lot zaplanowany był na godzinę 10 z Bydgoszczy, aby zdążyć się odprawić-z domu wyjechałyśmy o 7:30, podróż samochodem trwała godzinę. Na lotnisku odmetkowałyśmy wózki, później odprawa i przeszukiwanie wszystkiego (chociaż myślałam, że będzie gorzej). Musiałam rozebrać siebie i Julie z okryć wierzchnich  (oprócz bielizny , spodni i koszulki ofc :D). Kolejno kontrola graniczna i pokazanie dowodów i aktu urodzenia. Następnie czekałyśmy około 40 minut na ostatni punkt przed wylotem- sprawdzenie biletów z dowodami. Kiedy przeszłyśmy już wszystkie formalności musiałam złożyć wózek, oddać go obsłudze i udałam się na swoje miejsce. Pierwszy szok-czemu tam jest tak mało miejsca... ? Dosłownie nie szło przejść, jeśli obok siedziała druga osoba, a  miałam jeszcze Julię na kolanach. Sam start był super. Czułam motylki w brzuchu unosząc się do góry. Kolejną rzeczą, która mnie zaskoczyła były komunikaty załogi o loteriach, kupowaniu zdrapek, perfum, kosmetyków :D Czułam się jak na bazarze, gdzie Grażyny nam coś wciskają. No, ale nie narzekajmy. Lądowanie też było przyjemne.











Przylot i lotnisko w Anglii: 
Lądowałyśmy w London Stansted (lotnisko ogromne!). Tam wystarczyło odebrać wózki, pokazać dowody i jechać w gościnę. Nic stresującego nas nie czekało.







Nie będę opisywać samego pobytu, ale miasto, w którym byłyśmy- Ipswitch bardzo mi się podobało. Wszystko z cegły, stary styl. Przytulnie. No i wreszcie ludzie się do siebie uśmiechają, a nie patrzą jak na wariata kiedy chcesz być miły i radosny. 

Powrót: 
Czyli punkt, którego obawiałam się najbardziej. Lot miałyśmy o 8:45 czasu angielskiego, z domu ruszałyśmy o 4:30. Podróż samochodem trwała godzinę. Później czas na okazanie dokumentów i odprawę. Trwało to dłużej niż w Polsce, ale mimo wszystko bardziej mi się podobało. Było więcej miejsca i jakoś ciekawie to wyglądało. Coś tam do mnie mówili, ale zdawało mi się,że słyszę "bla bla bla" więc się głupio uśmiechałam i mówiłam "ok,ok" :D Było śmiesznie. Kolejno punkt, który mnie tak zadziwił... aby dostać się na miejsce, z którego będziemy lecieć musiałyśmy pojechać pociągiem trzy przystanki. Dodam, że chętnych było pełno, a ja miałam Julię w wózku, plecak i walizkę tym razem koło 10 kg (ach ten Primark!). Kiedy już tam dojechałyśmy trzeba było przejść kolejną kontrolę. Minusem były schody...jedne ruchome i cztery poziomy schodów nieruchomych. Nie było możliwości, abym przeszła to z takim bagażem. I tutaj muszę pochwalić naszych rodaków, bo jeden z mężczyzn bardzo mi pomógł. Później, idąc do samolotu pewna młoda Polka zajęła się moim bagażem (a kiedy lądowałyśmy w Bydgoszczy znowu mi pomagała). Naprawdę jestem pod wrażeniem. Coś chyba się zmienia na lepsze :) 

Lot powrotny:
sama podróż była dokładnie taka sama jak do Anglii z jednym małym minusem, że lądowanie było trochę bardziej "trzęsące" . 











Jakie rady mogę udzielić osobom, które podróżują z dzieckiem samolotem? 
-miejcie pod ręką nawilżane chusteczki i picie 
-smoczek też się przydaje :)
-w samolocie nie ma zbyt wiele miejsca więc odradzam branie zabawek, a zalecam zgranie sobie bajek na telefon
-cierpliwości i wyrozumiałości dla dziecka, dla niego to także ogromne przeżycie


Pozdrawiam i życzę miłego dnia :)

niedziela, 15 października 2017

"Bogaty ojciec, biedny ojciec..." Robert Kiyosaki, Shaton Lechter

Kolejna niedziela, kolejna recenzja. Tym razem po dłuższym czasie z uwagi na to, że nie czytałam książek. Miałam trochę zamieszania z uczelnią i wyjazdem do Anglii (o tym niebawem).

Dzisiaj o bestselerze jednego z przedsiębiorców, który czytałam około 3 tygodnie. Zajęło mi to trochę czasu. Odkładałam ją, wracałam. Wydaje mi się, że treści, które są dla nas trudne w zrozumieniu, czyta się wolniej. Wymaga to większego skupienia i przestawienia sposobu myślenia na czas lektury. 

"Bogaty ojciec, biedny ojciec..." stała na półce mojego brata od około roku i uśmiechała się do mnie z tego miejsca. W dodatku książki o minimalizmie, które przeczytałam w ostatnim czasie ("Chcieć mniej" Kędzierskiej, "Im mniej tym więcej" Beckera czy "Mniej. Intymny portret zakupowy polaków" Sapały) opierały się w niektórych twierdzeniach na książce pana Roberta. Wtedy mój zapał do jej przeczytania osiągnął punkt, w którym po nią sięgnęłam. 

Pierwsze strony czytało mi się bardzo szybko. Historyjka, trochę psychologii i ogólnie przyjemne treści. Pierwszego dnia ze spokojem przeczytałam połowę. Jednak kolejnego nie miałam ochoty po nią sięgać. Tak sobie przeleżała kilka dni, później 10 stron, za dwa dni kolejne 10 stron. I tak to ślimaczym tempem szło.  Bardzo nie lubię tak powoli zgłębiać nowych treści wiec kilka dni emu postanowiłam ją skończyć. Tak też się stało. Jakie refleksje mam po lekturze ? 

Po pierwsze jest to wg.mnie ogromne rozwinięcie "Zbuduj rurociąg, którym popłyną pieniądze", o której pisałam tutaj . Przekazuje o wiele więcej wiedzy, rozwija ją, uczy. Daje wskazówki krok po kroku. Wszystko zaczyna się od zmiany myślenia poprzez działania i osiąganie celów (w bardzo dużym  uproszczeniu ofc). Podoba mi się sposób, w jaki Kiyosaki opowiada o inwestycjach, co nimi nazywa . Nie owija w bawełnę- pisze o ryzyku, o tym, że często się nie udaje, ale tylko dzięki temu, że próbujemy możemy osiągnąć sukces. Aż wstyd przyznać, ale jako ponad 20letnia kobieta nie wiedziałam dokładnie czym są aktywa i pasywa. Pojęcia słyszałam, ale nie wiedziałam co to dokładnie jest. Teraz już wiem, zyskałam świadomość i postawiłam krok na drodze do inteligencji finansowej, której uczy autor. 

Po czytaniu takich czasopism mam wrażenie wielkiej pustki i niedoboru w edukacji. Czego się właściwie uczyłam w szkole? Pierwiastków, budowy pantofelków, dodawania i odejmowania, pisania wypracowań? Nie twierdzę ,że system jest zły, ale twierdzę, że jest dużo do naprawienia. Oczywiście w liceum miałam lekcje PP, czyli podstaw przedsiębiorczości. Tylko jak one wyglądały? Jak były prowadzone? "Pracujcie ciężko, wtedy będziecie mieć pieniądze , a na starość emerytury". Być może nauczycielka mówiła o lokacie, ale niestety nic z tego nie pamiętam. Wierzę, że kiedy Julia będzie dorastać wiedza z zakresu ekonomii będzie stała dla niej większym otworem. Zadbam o to. 

Książka była trudna ze względu na treść, ale autorzy dokonali wszelkich starań, by była napisana przystępnym językiem. Czasami miałam wrażenie, że prościej się nie dało :) Jest ciekawa i otwiera oczy. Mit, że aby robić pieniądze i inwestować trzeba je mieć odszedł do lamusa. Jestem szczerze zainteresowana tą tematyką i pewna, że w krótkim czasie przeczytam ją ponownie. 

czwartek, 12 października 2017

Kosmetyczka na uczelnię

Witajcie! Z uwagi na to, że niedawno rozpoczęłam rok akademicki na dwóch kierunkach, naturalnym jest , że mam znacznie mniej czasu na dodatkowe obowiązki jakimi są np.wpisy na bloga. Jednak właśnie znalazłam chwilę, aby podzielić się z Wami moją kosmetyczką, którą zabieram ze sobą na uczelnię. 

Jakiś czas temu do przechowywania kolorówki używałam materiałowego opakowania w motylki. Służyło mi ono trzy lata. W momencie, w którym miejsce w plecaku (nie noszę torebek na uczelnię, są niewygodne) zaczęło się zmniejszać z uwagi na zabierany termos i jedzenie (sposób na oszczędzanie) postanowiłam spakować je do małego,zamykanego woreczka. Jestem zachwycona tym pomysłem, bo po pierwsze zyskałam dużo więcej miejsca,po drugie widzę, co mam. 





Nr.1 To puder ryżowy z ecocery w miniaturowym opakowaniu. W "zestawie" z puszkiem Inglota tworzy duet idealny :) Świetnie matowi, nie wyobrażam sobie używać już pudrów prasowanych (ostatnio dokańczałam jeden z Rimmela). 

Nr.2 Balsam do ust Carmex, który od kilku miesięcy gości na moich ustach oraz pomadka/szminka, którą danego dnia używam. 

Nr.3 Korektor Catrice, którego wykańczam, bo niedługo będzie za ciemny. Obecnie nie używam żadnego fluidu, ale właśnie tego produktu na zaczerwienienia. 

Nr.4 Pilniczek i tampon- chyba nic więcej nie muszę pisać ;)

Nr.5 Leki. W sumie mogłabym mieć tylko lek na ból głowy- w moim przypadku Ibuprom, ale noszę jeszcze witaminę C, gripex oraz coś na ból brzucha i gardła. 




czwartek, 21 września 2017

Co mówić swojemu półtorarocznemu dziecku?

Od jakiegoś czasu zastanawiałam się nad wpisem, w którym postaram się zebrać- MOIM ZDANIEM- najważniejsze komunikaty, które powinniśmy kierować do dziecka (werbalne i niewerbalne). W tytule adresuję do półtorarocznych szkrabów, ale tak naprawdę powinniśmy mówić i zachowywać się tak wobec dziecka niezależnie od wieku, w którym się znajduje. To, o czym zaraz przeczytacie odnosi się do wiedzy, którą nabyłam poprzez moje relacje z rodzicami, książki, studiowanie psychologii czy obserwacje mojej córki, która reaguje na to wszystko w sposób pozytywny. Zapraszam do lektury.

1.Mówić "kocham Cię" i przytulać

Każdy poniższy punkt jest przydzielony losowo, jednak jako pierwszy musiał być ten, o mówieniu dziecku  że je kochamy, przytulanie, całowanie i głaskanie go. Dlaczego to jest takie ważne? Bo dzięki temu dziecko czuje, że jest wyjątkowe, że niezależnie od wszystkiego jest na świecie osoba, która go nie zostawi. Bo przez dotyk informujemy go o swoich uczuciach, o tym, że dbamy o niego. Przekazujemy swój zapach, ciepło, a w spojrzeniu pełnym miłości dziecko rośnie. Kiedy słyszy, że najważniejsza osoba w życiu je kocha buduje na tym swoje poczucie wartości. Julia słyszy to codziennie i wiem, że rozumie. Przytulam ją, bo dzięki temu, że pokazuję jej iż ma cudowne ciałko, do którego chcę się tulić- jest piękna. Nieważne czy będzie miała jakiś defekt, ona też kocha swoje ciałko. Często również powtarzam jej po wyrażeniu miłości "jesteś bardzo mądra i piękna". trzymam się tej kolejności, bo chcę ją uczyć, że jej piękno polega na jej mądrości a nie tylko wyglądzie zewnętrznym.

2.Być przykładem

Chciałam wkleić tu mema, na którym matka trzymającą w dłoni komórkę (a obok niej dziecko z komórką)  pyta kobiety, która czyta i trzyma książkę w dłoniach (a obok niej dziecko czytające książkę) jak ona to robi, że jej maluch czyta. Myślę, że nie trzeba udzielać na to odpowiedzi :) Ja kocham książki, kocham czytać i widzę jak moje hobby przekłada się na Julię. Ma w swojej biblioteczce około 20 książek, które najczęściej ogląda w kojcu i "czyta" na głos, a ja w tym czasie leżę ze swoim albumem na łóżku. Obserwuje mnie i robi to samo. Czasami prosi (wstając i podając mi lekturę) abym przeczytała jej opowiadanie. Wtedy odkładam moją książkę i to robię (bo jest ważniejsza od moich hobby).
Tak samo jest ze sprzątaniem. Codziennie angażuję ją w czynności uporządkowania naszej przestrzeni. Zabieram się do pracy, a później dzielę się z nią miotłą, daję jej własną szmatkę. Oczywiście, takie czynności trwają dłużej, ale wyrabiam w niej dobre nawyki. Zauważyłam również jak takie modelowanie (dziecko uczy się zachowań obserwując rodzica) ma wpływ i pozytywny i negatywny. Jedząc niezdrowo (chipsy) czy krzycząc uczę tym samym moją córkę takich zachowań. Dlatego mam bardzo duży motywator, aby tego nie robić :)

3. Dziękować i uczyć wdzięczności

Udowodniono , że osoby wdzięczne są dużo bardziej szczęśliwe i w większym stopniu doceniają to, co maja lub dostają. Jeśli tak, to jest to najlepszy argument do tego, by uczyć wdzięczności swoje dziecko. Kto by nie chciał mieć szczęśliwszego dziecka ? Julia mając półtoraroku za każdym razem otrzymując coś - dziękuję (dokładniej macha bardzo nisko główką :) ). Wcześniej trzeba było jej o tym przypominać, ale już zapamiętała.

4.Uczyć kreatywności

Dzieci mają bardzo bogatą wyobraźnie i dosłownie potrafią bawić się wszystkim, jednak z czasem ich wielowymiarowy świat i wyobraźnia zostają poddane "obróbce". Uważam, że na ile tylko mogę powinnam rozwijać w moim dziecku to, co wyjątkowe i uczyć, że owszem, są schematy, ale najlepsze jest wychodzenie poza nie. Dlatego często zaskakuję ją podczas zabawy i nie tylko, bawimy się na dworze w deszczu, używamy moich kosmetyków do malowania obrazków, robimy z taczki pojazd, zachęcam ją do poznawania i próbowania. Wspieram jak się czegoś boi i już na tym etapie pokazuję, że jeśli się nie odważy to nie pozna nowych rzeczy. Próbuję dawać jej różne potrawy, słuchamy bardzo różnej muzyki i sprawdzamy do czego da się tańczyć (a da się do wszystkiego :D).

5.Ustalić zasady i być konsekwentnym

Dziecko potrzebuje zasad. Bez nich nie wie, na ile może sobie pozwolić, jest zdezorientowane, nie zna granic swoich i innych, a przede wszystkim NIE CZUJE SIĘ BEZPIECZNIE. Brak owej konsekwencji podważa to poczucie, ponieważ dziecko nigdy nie wie czy za takie czy inne zachowanie dostanie karę, czy może to zrobić czy nie. Żyje w chaosie. Pamiętajcie, że niekonsekwencja stanowi dla dziecka większą krzywdę niż pobłażliwość.

6. Nie dawać "łatek" ani nie poniżać

Kto nigdy nie słyszał , że "on jest niejadkiem" , "on jest zawsze niegrzeczny" , "nigdy się nie nauczysz" , "jesteś głupi i brzydki". Jakie to przykre, prawda? Wyobraźcie sobie, że od dziecka słyszycie takie komunikaty od osoby, która jest dla was wzorem i autorytetem. Jak w to nie wierzyć? Jak dziecko, dla którego jesteście wszystkim ma o sobie myśleć inaczej? Jak w ogóle coś takiego może kogoś zmotywować? To, że dziecko nie je pewnych rzeczy, albo je mniej nie znaczy, że jest niejadkiem. Znaczy, że pewne rzeczy mu nie smakują (tak, tak nie tylko dorosły wie co lubi a co nie) albo że najada się tym co zje i mu wystarcza. To, że dziecko zrobiło coś źle, nie tak jak powinno być zrobione nie oznacza, że jest głupie tylko, że jest małe i właśnie się tego uczy, a my mamy obowiązek mu pomóc. To, że kogoś uderzyło albo nakrzyczało nie znaczy, że jest brzydkie, ono nie znało innej techniki, która by zadziałała w sytuacji konfliktu, ale to my jako rodzice mamy pokazać i nauczyć jak zrobić inaczej.

7.Nie krzyczeć

Jak się czujecie kiedy ktoś na Was krzyczy? Poniżeni? Niesłusznie potraktowani? Przestraszeni? No właśnie ,a dziecko czuje to jeszcze mocniej. Czy zwiększa w Was to agresję? Działa? Na mnie krzyk nie działał w ogóle, zaczynałam płakać i dzięki temu, że mam bardzo mądrych rodziców rzadko ktoś na mnie krzyczał. Ja też tego nie robię. Jeśli chcę zdobyć Julii uwagę klaszczę w dłonie lub mówię nieco głośniej, ale nie krzyczę. To nie pomoże.

8. Podziwiać

Dzieci, maluszki w szczególności ciągle się czegoś uczą, a co za tym idzie- robią masę błędów. Często wtedy rodzice się irytują i można usłyszeć "źle! Przecież Ci mówiłam jak masz to zrobić" i robią to za dziecko. Czego się uczą ? Że nie warto próbować, bo i tak nie zrobią tego tak dobrze jak dorosły (a przecież nigdy nie zrobią) i zniechęcą się do próbowania i uczenia (+ wyuczona bezradność i rozszczenowość,bo zawsze ktoś coś za nich zrobi). Dzieci naprawdę się zniechęcają kiedy im coś nie wyjdzie i to, czego potrzebują to słowa otuchy i docenienia starań. Warto wtedy powiedzieć "wow, super Ci idzie" "bardzo dobrze, ale spróbuj jeszcze raz i wyjdzie jeszcze lepiej" "świetnie, popraw to i będzie jeszcze idealnie". Maluszki często nie lubią się przebierać, ale wyćwiczyłam u Julki chęć do tej czynności, bo po niej następuje komplement "ale pięknie w tym wyglądasz" , "ojej jaka śliczna księżniczka" , a na jej malutkiej twarzy zawsze gości uśmiech :) Wzmacniajmy dobre zachowania dzieci poprzez komplementy, to działa.

9.Pokazywać ,że jest ważniejsze od innych

Kiedy dziecko stara się nam coś powiedzieć , a my je notorycznie ignorujemy może dojść do wniosku , że nie jest dla nas zbyt ważne i zacząć (lub nie) zwracać na siebie uwagę w nietypowy sposób np. bić, krzyczeć itd. Nie znaczy to oczywiście, że za każdym razem musimy poświęcać mu uwagę w 100 %, czasami warto (podczas rozmowy z kimś innym) przeprosić rozmówcę i powiedzieć dziecku "wyjaśnię Ci to za 5 minut, jak dokończę rozmowę". Odradzam również zbywania dziecka podczas korzystania z telefonu czy komputera, bo przez modelowanie, (o którym wcześniej) dziecko może nauczyć się ignorancji w stosunku do nas.

10.Uśmiechać się i rozweselać

Kto chce, by jego dziecko chodziło wesołe i uśmiechnięte? Ja! Dlatego codziennie rano, po obudzeniu witam Julię uśmiechem, staram się ją rozweselać,bo nie ma piękniejszego dźwięku od jej uśmiechu. Jeśli ona ma być radosna, muszę również być taka ja. Poza tym-uśmiech nic nie kosztuje, a jest wiele wart.

11. Pokazywać, że dawanie sprawia radość dającemu

Pięknie brzmi, ale jak uczyć półtoraroczne dziecko czegoś takiego? Już pędzę z odpowiedzią. Pokazuję Julii, że obdarowywanie sprawi jej radość poprzez cieszenie się z prezentów które mi daje. Najczęściej jest to kwiatek zerwany na podwórku, całuj, pogłaskanie, czy karmienie (tak, Julia mnie karmi :), bo robię to też ja i w ten sposób pokazujemy sobie, że dbamy o siebie i się kochamy).

12.Nie zmuszać do zabawy z innymi

To może być dla kogoś kontrowersyjne, dlatego dałam to jako ostatnie. No bo jak to tak? A no tak, że owszem, w procesie socjalizacji uczymy dzielenia się, wspólnej zabawy wychodzenia z egocentryzmu dziecięcego do kolektywnych zachowań, ale... czy lubicie zadawać się z osobami, które Wam nie pasują, denerwują Was albo działają na nerwy? Nie sądzę. Dziecko też ma swoje preferencje i nie z każdym musi dzielić czas. Oczywiście, zachęcajmy je do zabawy, ale nie z każdym, albo inaczej: jeśli pomimo warunków i chęci rodzica dziecko nie chce się z kimś bawić , to nie deperecjonujmy go negatywnymi komentarzami, bo ma do tego prawo.



wtorek, 12 września 2017

"Ja inkwizytor: Dotyk zła" Jacek Piekara

Cześć :)

Recenzja fantastyki to u mnie rzadkość. Ksiązki tego typu czytam naprawde sporadycznie- najczęściej wtedy,gdy potrzebuję oderwania się od poradników, psychologii i tego typu rzeczy. Do dzisiaj jednak pamiętam niesamowitą lekturę Grzędowicza "Pana Lodowego Ogrodu". Była niesamowita, pierwsza cześć najlepsza, druga 8/10, a trzeciej nie skończyłam. Przedobrzone.

Co sprawiło, że sięgnęłam po pana Piekary? Tematyka czarownic, wiedźm, herezji. Chciałam wcześniej kupić sobie książkę o wiedźmach i zastanawiałam się między "Młotem na czarownice" Sprengera , a inną, o tym samym tytule ww autora. Nie padło na nikogo, bo mój tata wypożyczył książki owego pana i zabrałam się od razu do lektury. Nie ukrywam- bardzo się ucieszyłam widząc te albumy na szafie, ale niestety podczas dalszej eksploracji dowiedziałam się, że książka, którą najbardziej chciałam przeczytać- "Młot na czarownice" nie należy do repertuaru księgarni ;)

Moje wrażenia są raczej pozytywne. Podobał mi się średniowieczny język oraz opisy działań inkwizytorskich. Moja wyobraźnia miała niezłą ucztę wizualizując co poniektóre procesy na skazanych. Opisy tortur spowodowały tymczasowy brak apetytu :) Często nie mogłam uwierzyć, że w tego typu albo w podobne rzeczy wierzono. Wyrażenie "ciemny lud" nabrało nowego znaczenia.  Dało mi to również obraz ówczesnego stanu wiedzy. To nieprawdopodobne jak czasy, w których żyjemy generują myśli, w które wierzymy. Za kilkaset, a nawet kilkadziesiąt lat to my będziemy zacofani i z pewnością wiele osób będzie śmieszyło życie w takim standardzie (zasobów, wiedzy). Ponad to cieszę się, że mogłam zdobyć wiedzę na temat chociażby życia- sposobu mieszkania, rytuałów codzinnych itp.- w czasach przeszłych. 

Co do stwierdzenia "Raczej" idealnie uzupełni to fragment komenatrza Canis ze strony lubimyczytać: 

Co do samych opowiadań: 'Dotyk zła' uważam za lepsze z nich, chociaż według mnie spokojnie można było zamknąć je w 50 stronach, niż w 200. Przez długi czas nic się nie dzieje, a gdy akcja ruszyła miałam już pewne wyobrażenie o zakończeniu. Co do drugiego z nich, o nazwie 'Mleko i miód' - nie mogłam go przebrnąć. W tym opowiadaniu nie działo się już nic, ale kompletnie. Dorotka mnie irytowała, była zbyt idealna, a rozbójnicy zachowywali się jak wierne szczeniaczki. Rozumiem, że takie było z pewnością zamierzenie autora, lecz mnie przyprawiało to o ból głowy, nie mówiąc o niewyobrażaaalnie wolnej akcji. Zakończenie natomiast miało być zaskakujące, a ja przyjęłam je bez mrugnięcia okiem, byleby zakończyć przygodę z tą książką.
Może nie mam aż tak "mocnej" opinii, ale osoba ta ma wiele racji. 

To, co mnie zdziwiło w samym albumie to dwie powieści w jednej. Książka to dwa osobne opowiadania o losach jednego mężczyzny Mordimera. Na początku odczułam dyskomfort- no bo jak to tak? Ale później przyzwyczaiłam się. W końcu miałam z czymś takim do czynienia w opowiadaniach Siesickiej, które czytałam dobrych kilka lat temu ("zapałka na zakręcie"...ach :) ). 

środa, 6 września 2017

Jak ograniczyć korzystanie z Facebooka?

Witajcie. 

Co chwilę spotykam osoby, które „nie mają czasu”, zazwyczaj ciągle się spieszą, robią rzeczy na ostatnią chwilę, żyją w chaosie. Problemy wiążą się z nieodpowiednim delegowaniem zadań, przestawianiem priorytetów czy jak sądzę brakiem samodyscypliny. Jest to temat na szeroką dyskusję, co nie jest celem dzisiejszego wpisu. Mam zamiar natomiast uporządkować jeden z obszarów, z którym dosyć często (według moich obserwacji) mamy problem. Chroniczny brak czasu i rozkojarzenie może się brać z nieodpowiedniego korzystania z mediów, aplikacji, platform internetowych w tym właśnie Facebooka. Odwołuję się do niego, ponieważ odkąd sama zastosowałam kilka z niżej wymienionych metod moje życie stało się bardziej spokojne, uporządkowane i zaczęłam działać, a nie odwlekać. Domyślam się, że generalizowanie tylko do tej jednej strony to duże uproszczenie, ale pozwalam sobie na nie, bo w moim przypadku to pomogło. Może ktoś także skorzysta. Zauważyłam dodatkowo uzależnienie od tej platformy i zły trend upubliczniania dosłownie wszystkiego na tablicy, jakby była to swojego rodzaju linia życia człowieka. W dodatku coraz częściej spotykam się z nie wydzielaniem sobie czasu na korzystanie z Messagera, który często włączony jest całą dobę.

Moim sprawdzonym sposobem jest celowe zmniejszanie aktywności poprzez ograniczanie upublicznianych treści. To spowoduje, że dużo mniej informacji na temat zostawionych lajków i komentarzy dotyczących tego, co dodaliśmy zaprzątnie nam głowę. Nie dzielę się wszystkimi zdarzeniami, które mają miejsce w moim życiu. Wiadomość o zaręczynach, urodzenie dziecka, randki, osiągnięcia na uczelni- to pozostaje dla mnie i moich bliskich. Ogranicza to także promowanie przedstawiania lepszego życia na platformie. Zazwyczaj mamy ochotę się tam czymś pochwalić. Piszemy o tym, co u nas dobrego, jakie sukcesy osiągnęliśmy i często nieświadomie budujemy idyllę wokół życia, pokazujemy jakie jest wspaniałe, a tak naprawdę nasza rzeczywistość nie różni się znacząco od rzeczywistości pana Kowalskiego. Oczywiście, nie twierdzę, że to złe dzielić się swoją radością, ale często po „odwiedzeniu” fejsa i przejrzeniu jak cudownie żyją inni nabieramy złej perspektywy i zniechęcenia do naszego życia (czasem, działa to motywująco). Inni mają lepiej, a my gorzej. To nakręca spiralę narzekactwa.

Niewątpliwym sposobem na to, by mniej czasu poświęcać FB jest „odobserwowywanie” znajomych. Jak dodamy kogoś do znajomego to automatycznie (przynajmniej u mnie) obserwujemy tą osobę. Jednak czy naprawdę interesuje nas to, co każdy ze znajomych dodaje na Facebooka? Mnie nie. Obserwowanie życia innych w moim przypadku ogranicza się może do 10 znajomych. Całą resztę zaraz po dodaniu odznaczam z obserwacji. To pomaga mi mieć wpływ na filtrację danych, która ukazuje się po zalogowaniu i skupianiu się tylko na tych osobach, które są dla mnie ważne. 

Przy okazji „odobserwowywania” dodam, że dobrym sposobem jest również nie lajkowanie wpisów innych osób oraz w szczególności nie komentowanie wpisów. Dlaczego? Każdy komentarz powoduje, że ktoś może się do niego odnieść, albo spowoduje, że ktoś inny również zostawi po sobie pamiątkę. To wszystko widzimy w powiadomieniach i poświęcamy temu czas. Nie mówię o rzeczach, które nas interesują i na które chcemy udzielić jakiejś opinii jednak zauważyłam, że nie jest to owocne. Co więcej zazwyczaj tworzą się z tego albo gównoburze albo konwersacje, w którym udostępnia się swoje żale czy perspektywy. Tylko kogo to obchodzi… :D

Bezpośrednio powiązanym rozwiązaniem jest także nie lajkowanie stron. Różnych. Osób publicznych, książek, filmów, różnych stowarzyszeń, zrzeszeń. Niektóre oczywiście są przydatne i pomocne, ale co z tego ,że polubisz milion stron o nazwie „jestem wredna?” „nie potrafię gotować i dobrze mi z tym” „niezależna” itp. To nie ma sensu. Jakiś czas temu miałam polajkowane pełno zespołów muzycznych, salonów sukien ślubnych czy stron o gotowaniu, a informacje, które udostępniali mnie nie interesowały i zastanawiałam się skąd takie rzeczy na mojej stronie głównej. Usunęłam ten problem. Często też profile, które polakujemy zmieniają dodawane treści i już do nas nie trafiają tym samym zaśmiecając tablicę.

Dobrym sposobem jest także selekcja znajomych. Prowadzę ją odkąd założyłam facebooka. Co jakieś 2/3 miesiące przeglądam listę osób, które są moimi znajomymi i sukcesywnie usuwamy tych, którzy nimi tak naprawdę nie są. To znaczy: nie mówimy sobie cześć, nie rozmawiamy, tych którzy dodają mnie, bo „znają z widzenia” (od dłuższego czasu w ogóle ich nie akceptuję). Po co mieć 1000 znajomych na fb skoro realnie rozmawiasz może z 100 z nich jak się spotkacie przypadkiem w sklepie?


Ostatnią propozycją na zminimalizowanie korzystania z fejsa jest ograniczenie pisania na Messengerze . Sama mam tą aplikację i widzę jak łatwo jest utrzymać z kimś kontakt. W wielu przypadkach to naprawdę pomaga- co jakiś czas piszę z kuzynką z Niemiec czy koleżanką z Lublina. Jednak zdarza się to bardzo rzadko, bo zwyczajnie szkoda mi czasu, żeby w ten sposób komunikować się z innymi. Preferuję rozmowę telefoniczną albo 5 minut rozmowy wideo. Ponad to pisanie jest bardzo ubogie i czasochłonne. Dużo więcej udałoby mi się powiedzieć wyrażając przy tym miliony emocji- mimiką czy modulacją głosu. Co z tego, że istnieją emoji skoro to zaledwie parę stanów w jakich się znajdujemy. Kiedyś zdarzało mi się naprawdę często dostawać wiadomości „hej, co słychać/ co porabiasz?” jednak teraz już nie. Dlaczego? Ponieważ najczęściej na nie nie odpisywałam albo proponowałam, że osoba ta może zadzwonić lub iść ze mną na spacer. Czasami nie było to możliwe także trudno. Nie zmuszałam się do wirtualnego kontaktu- bo go nie lubię. 


Mam nadzieję, że chociaż jedna osoba skorzysta z mojego wpisu. Mi takie podejście naprawdę pomaga i polecam je innym J