środa, 26 lipca 2017

3 sukienki za 9 zł

Dzień dobry! :)

Od około 4 lat raz na jakiś czas wybieram się na tak zwane poszukiwania/łowy. Te z Was, które zaglądają do lumpeksów pewnie wiedzą o co chodzi. W sklepach z tanią odzieżą możemy znaleźć czasem prawdziwe skarby, a jak markowe albo z metką czy fajnym składem materiałów to już w ogóle super! Jedyne za czym nigdy się tam nie rozglądam to: bielizna, okrycia na głowę i buty (chyba,że są z metką). Sporadycznie kupuję także t-shirty. Raczej upatruję koszul, sukienek i spódnic.
Zakupy robię jedynie w dwóch s-h w Świeciu, czasem zaglądam do innych, ale dosłownie raz na rok. Dwa, o których pisałam to pomarańczowy na rynku (CTO), a drugi to ten koło rynku, ale "u góry" niedaleko komputerowego.

Ostatnio na ul.Jana Pawła w Świeciu zajrzałam do lumpeksu, w którym nigdy wcześniej nie byłam. Z racji pogody, która obecnie panuje zdecydowałam się patrzeć tylko na sukienki. I tak w moje ręce wpadły trzy z nich: 




Każda w powyższych kosztowała 3 zł/sztuka. Najbardziej jestem zadowolona z tej ciemnej w kwiaty, którą miałam już na egzaminie. Byłam zdziwiona, że nikt wcześniej jej nie wziął, jednak miała defekt- popsuty zamek. Z uwagi na fakt, że jest to sukienka trochę na mnie za duża <M a nie XS/s> babcia wypruła i zaszyła mi go. Nie mam problemów z jej ubieraniem.




Sukienkę we wzory nosiłam już parokrotnie i czuję się w niej świetnie tylko jest dosyć prześwitująca i ubieram pod nią cielistą bieliznę. Bardzo lubię styl boho, a ona mi taki przypomina.


Jedyną sukienką, co do której nie jestem w 100 % przekonana jest ta w paski. Kojarzy mi się z czymś na plażę, a nie wiem czy będę z takowej korzystać w tym roku :P Zobaczymy czy mi się przyda, jak nie to nawet nie będę miała skrupułów aby ją wyrzucić.


Miłego dnia i powodzenia w szukaniu perełek :) 

niedziela, 23 lipca 2017

Olivier Sacks "Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem"

Witajcie :) Dzisiaj o książce z zakresu neurologii i psychiatrii.

O bestsellerze Sacksa słyszałam już od dawna. Jak sięgam pamięcią- na pierwszym roku studiów prof. Francuz na psychologii percepcji opowiadał o wybitnym dziele, które należy przeczytać. Jak można się domyśleć chodziło o "Mężczyznę...". Tytuł już wtedy był zachęcający jednak nie było mi po drodze do biblioteki. Los chciał, że po 3 latach zakupiłam owy album i niesamowicie się z tego cieszę. Sama także uważam, że nastąpiło to w momencie idealnym, ponieważ dopiero co skończyłam praktyki w Szpitalu dla Psychicznie i Nerwowo Chorych oraz miałam psychologię kliniczną, dzięki czemu mogłam lepiej zrozumieć zagadnienia poruszane w książce. Aby nie przedłużać- przechodzimy do mojej opinii o książce.

Oczekiwania jakie żywiłam wobec lektury były raczej niewielkie (coś "lekkiego", ciekawostki w jednym miejscu). Ot, uważałam, że to przyjemna powiastka, która opisze tytułowego mężczyznę, jego życie i jednostkę chorobową. Myliłam się. Książka to zbiór historii pacjentów z ich deficytami, nadmiarami, uniesieniami a także upadkami. Przy każdym przypadku autor odwołuje się do wiedzy, do autorytetów i innych książek z zakresu podejmowanych zagadnień.
Bardzo podobało mi się, że jako praktyk / teoretyk Pan Olivier patrzy na człowieka podmiotowo. Zastanawia się nad jego życiem duchowym, świadomością, przeżyciami. Podejmuje głębszą refleksję nad egzystencją z chorobą i zdolnościami, widzi człowieka w człowieku.Jest to książka pod tym względem podobna do M.Kościelskiej "Niechciana seksualność" . Często w albumach, które są popularnonaukowe odrzuca mnie brak wnikliwości w życie człowieka i jego zdolności, a dokładna i szczegółowa analiza procesów, funkcji , skupianie się na deficytach. Ograniczanie człowieka do przypadku. Tutaj zupełnie tak nie jest.

Oczywiście nie umknął mi także jej sposób wydania. Ma idealny "zeszytowy"rozmiar, prostą okładkę, która nie zalewa barwami i niepotrzebnymi obrazami. Zawsze zwracam uwagę na to, czy w środku jest cała zapisana, czy (jak w przypadku książek "O mężczyźnie" , "Wszystko da się naprawić" Starowicza) połowa kartek to treść, a margines to reszta. Minusem jest brak " zakładki" z okładki lub zakładki w jakiekolwiek innej "wbudowanej" formie.

Czy polecam ją każdemu ? Nie. Uważam, że osoby ,które nie interesują się funkcjami mózgu, chorobami, które mogą spotkać człowieka i ogólnie neurologią choć trochę, będą się nudzić. Książka nie stanowi samych opisów historii, a znaczna jej część traktuje o nauce, postępach , odwoływaniu się do innych naukowców. Ja jestem osobą, która oprócz studiowania tych treści lubi o nich czytać i je zgłębiać. Mi się bardzo podobała :)

środa, 19 lipca 2017

Ulubieńcy półrocza: kolorówka

Witam Was! Dzisiaj obiecana kolorówka.  Produkty, które ostatnio używam non stop i dzięki którym malowanie jest jeszcze przyjemniejsze :) 


Zacznę od kosmetyków, które mam najdłużej. 


1. Puder ryżowy PAESE: 



Używam go od około pół roku, ale mam od ponad 2 lat. Większość czasu przeleżał w kartoniku. Używałam kompaktowego Stay Matte z Rimmella, ale odkąd wtopiłam się w świat bakingu i chciałam poradzić sobie ze świeceniem oraz uniknąć przy tym efektu ciastka ten produkt okazał się idealny. Już mi się kończy :(

2.Rozświetlacz Mary Lou Manizer:


czyli najbardziej popularny z rozświetlaczy. O szampańskim wykończeniu. Absolutnie nie lubię jego efektu w zimę, jest dla mnie za ciemny i ma zbyt ciepłe tony (a w zimę lubię robić "zimne" makijaże). Teraz używam go od kwietnia prawie codziennie. Daje przepiękny efekt na policzkach. Dzisiaj zabieram się za jego "naprawę", bo jak widać uległ bliskiemu spotkaniu z ziemią. 

3.Bronzer Lovely milky chocolate:


Coś pięknego! Kupiłam go "z braku laku", bo zapomniałam mojego produktu na wyjazd i dzisiaj jestem w połowie zużycia jego zawartości (co mi się bardzo rzadko zdarza,bo mam kilka bronzerów). Ma piękny odcień, ładnie się blenduje, twarz wygląda dzięki niemu promienniej i zdrowiej :)

4.Róż Deni Carte nr 1:


jeszcze kilka miesięcy temu nie byłam fanką róży. Miałam jeden z bourjois (zresztą do dzisiaj) i lovely, ale zazwyczaj omijałam ten krok w makijażu. Wszystko się zmieniło odkąd zakupiłam deni carte. Uważam, że kolor jaki wybrałam idealnie do mnie pasuje, na policzkach utrzymuje się cały dzień. W dodatku jest taniutki. 

5.Cienie Glam Shadows:


Odsyłam do wpisu : http://aprilexpose.blogspot.com/2017/06/cienie-glambox.html tam wyczerpałam temat. 

6.Baza pod podkład Douglas:


Testuję ją do wpisu na temat baz pod podkład,ale na to musicie poczekać jeszcze co najmniej 2 miesiące. Póki co ta trafia do ulubieńców, ponieważ jako jedyna tak dobrze i na długo matuje moją strefę T. Każdy podkład nałożony na nią daje wrażenie idealnie gładkiej skóry. Wygląda jak z photo shopa. 

7.Matowa szminka do ust K-lips od Lovely + konturówka:


Nie sądziłam, że to napiszę, ale znalazłam coś lepszego od Golden Rose. K-lips nie są wysuszające, kolor trzyma się naprawdę długo, nie zastygają na "suchy" mat, a raczej stawiają wrażenie odrobinę satynowych. Posiadam dwa kolory- neutral beauty oraz pink poison. Reszta jest dla mnie nieodpowiednia, bardzo cierpię, że nie ma większej gamy kolorów. Konturówka jest miękka , ładnie się ostrzy i ma dobrze dobrany kolor do szminki. 

Polecam ! Miłego dnia. 

poniedziałek, 17 lipca 2017

Michał Rozkrut "Mistrz życia"

Wyjątkowo dzisiaj przychodzę z nową recenzją, ponieważ przedwczoraj dodałam post i nie chciałam tego robić dzień po dniu. 

Książki o rozwoju nie były mi obce- od jakiegoś czasu czytałam Grzesiaka czy poznawałam na studiach  literaturę dotyczącą tego zagadnienia. Na pana Rozkruta trafiłam niedawno, książkę "Mistrz życia" dostałam w prezencie od Damiana. Cienka , w miękkiej i  "mrocznej" okładce. Nie, żebym się czepiała, ale jej wygląd mi się nie podoba. Jednak nie oceniajmy książki po okładce :P

Napisana bardzo prostym językiem i traktuje o oczywistościach, z których trzeba zdać sobie sprawę i zacząć praktykować. Jest przemyślana, kolejność treści jest uzasadniona. Tekst czyta się bardzo szybko, nie potrzeba przy tym większych refleksji chociaż pytania na końcu rozdziału do tego zmuszają. Autor podaje wiele przykładów z życia jednak mnie one nie satysfakcjonowały. Zazwyczaj historia z życia to jedna z ciekawszych rzeczy w druku, pozwala zapamiętać i lepiej przyswoić treść. Mimo to pamiętam może jeden z nich. Uważam ,że był słabe. 

W książce podobało mi się podejście do "palenia mostów" , a raczej do tego, by tego nie robić. I uzasadnienie właśnie takiego myślenia. Autor przedstawia także swoją koncepcję Życiowego Widnokręgu, dzięki któremu " można diametralnie zmienić życie". Czy aby na pewno? Myślę, że to zdanie jest z lekka przesadzone. Przeczytałam o tym parokrotnie, aby dobrze zrozumieć i nie odnoszę tego do swojego życia i sytuacji, postrzegam ją inaczej. Różne podejścia mają to do siebie, że albo się z nimi zgadzamy, albo nie. Tu wrażam swoje zdanie :)

Przejdę już do podsumowania. Książka jest "ok", przemyślana, ale to nic wielkiego. Nie sądzę, żebym zajrzała do niej ponownie. To początek, wstęp do rozwoju i osobom, które zaczynają interesować się samodoskonaleniem ją polecam. Ja z tych rad korzystam już od dawna. 

sobota, 15 lipca 2017

Ulubieńcy ostatniego półrocza; pielęgnacja

Witajcie! Postanowiłam podzielić się z Wami moimi ulubieńcami, które przez ostatnie plus/minus pół roku umilały moją poranną, wieczorną i całodobową pielęgnację. Niebawem ukaże się jeszcze jeden wpis podzielony kolorówce, a później kolejny- akcesoriom z kolorówki. Nie będę przedłużać, zapraszam!





1. Jako pierwszy ulubieniec plasuje się krem, którego używam do twarzy- Cetapil

Kupiłam go w aptece z polecenia kosmetyczki i nie żałuje. Za 100 ml zapłaciłam 40 zł. Krem bardzo szybko się wchłania, nie pozostawia lepkiej warstwy na skórze i stanowi świetną bazę pod podkład. Odkąd jej używam nie zauważyłam suchych skórek.





2. Woda różana 

Dostałam ją od w prezencie i używam jej jako toniku do przemywania twarzy rano i wieczorem. Zapach nie należy do moich ulubionych, ale za to uczucie, które zostawia na skórze- tak. Jest po nim miękka, nie ściągnięta i moje naczynka są ukojone. Identyczne efekty widziałam po wodzie różanej z evree z atomizerem.





3. Gąbeczka z celulozy Calypso

Bardzo tania i bardzo przydatna, kiedy myję nią twarz. Przy okazji świetnie peelinguje. Dostępna w 2-paku w Rossmannie. Kiedy się ją zmoczy jest zupełnie miękka i szybko wysycha.






4.Lanolina z Ziaji jako produkt silnie nawilżający usta

Naprawdę robi robotę. Kiedy nałożę ją na noc mam pewność, że rano usta będą wyglądały super. Bardzo wolno się wchłania, dlatego nie stosuję jej w ciągu dnia. Nie lubię uczucia lepienia. Cena to ok.10 zł za 30 ml produktu, który starcza na bardzo długo.





5. Grejpfrutowy peeling do ust The Secret Soap

Ma piękny, naturalny skład, super pachnie, smakuje i działa. Czego chcieć więcej? Kosztuje ok.25/30 zł . Starcza na bardzo długo. Używam go zawsze, gdy mam zamiar użyć matowej szminki.





6. Olejek do kąpieli ISANA

Chociaż bardzo lubię się nim myć, bo ma piękny zapach i bardzo mocno nawilża, to obecnie używam go do mycia nie ciała a czegoś innego. Mianowicie pędzli i gąbeczek do makijażu. Sprawdza się do tego świetnie. Pod prysznic był dla mnie po prostu zbyt mało wydajny.





Jednym słowem polecam, bo są to produkty, do których albo wracam, albo używam od dawna i się sprawdzają. Wyczekujcie kolorówki. Tam będzie nieco więcej produktów.

wtorek, 11 lipca 2017

Biały pigment do podkładów NYX

Witam.
Kilka miesięcy temu, kiedy w zimę praktycznie żaden podkład nie pasował do koloru mojej skóry natrafiłam  na filmik, w którym youtuberka (DressdbyMint) przy okazji wspomniała o rozjaśniającym pigmencie do podkładów. Od razu zaczęłam zgłębiać temat i postanowiłam zapolować na taki produkt z NYXa. Niestety, ale okazało się, że nie jest to tak proste jak wygląda. Biały pigment na stronie producenta był cały czas wykupiony. Nie interesowały mnie inne- rozświetlający, opalizujący, oliwkowy ect. (których jest 5). Chciałam koniecznie biały. Kliknęłam w okienko "powiadom mnie o dostępności" i po miesiącu doczekałam się e-maila z wiadomością o możliwości kupna kosmetyku.

Używam go od kilku miesięcy (styczeń/luty) i czas na moją opinię o produkcie.
Na stronie NYXa za 30 ml zapłacimy 39 zł (+przesyłka). Opinia producenta: 

"Stwórz idealny dla siebie odcień podkładu z jednym z naszych Pro Foundation Mixer! Te płynne pigmenty zostały stworzone po to, abyś mogła indywidualnie dobierać tonację, odcień i wykończenie wszystkich płynnych podkładów. Osiągnij perfekcyjne dopasowanie swojego podkładu! "




Uważam, że ten produkt jest ratunkiem dla wielu osób i podkładów. Oprócz tego, że korzysta na nim osoba, która go używa to również producenci. Kosmetyk, który jest dobry, ale za ciemny nie będzie trafiał do większości europejek, jednak z tym nie stanowi to problemu. Jedyne, na co trzeba zwrócić uwagę w takim przypadku to ton, w jaki wpada w podkład. Jeśli jesteśmy żółte, a wybierzemy za ciemny wpadający w różowe tony podkład to NYX nie spowoduje, ze nagle dopasuje nam się do skóry :)



Kolejny plus pigmentu to pewność, że nie zmienia właściwości fluidów, z którym go zmieszamy. Szczerze mówiąc bałam się tego, ale po sprawdzeniu i obserwacji kilku podkładów z i bez dodatku jestem pewna, że nic złego się nie dzieje. Nie wpływa na rolowanie się, świecenie, trwałość czy powstawanie plam. 



Dla mnie jest to produkt ratujący w pewnych momentach wygląd mojej twarzy. Póki co już z niego nie korzystam, bo opaliłam się na twarzy, jednak jestem pewna, że będzie idealny na jesień i zimę (oraz jak już się przekonałam-wiosną). Produkt ma ważność 12 miesięcy. Przez ostatnie ponad 4 miesiące zużyłam go prawie w połowie więc zdaje mi się, że starczy mi do końca roku. 



Przy posiadaniu tego produktu należy sobie wyrobić umiar w jego nakładaniu. To przychodzi oczywiście z czasem. Jednak proponuję "im mniej tym lepiej" i ewentualnie następnym razem nałożyć go więcej. Ja popełniłam kilkakrotnie błąd, gdy dałam go za dużo i moja twarz była naprawdę jaśniutka. Oczywiście zależy też, do jakiego podkładu go dodajecie, ponieważ w niektórych przypadkach potrzeba go więcej. Mi średnio starcza 1/2 ziarna od grochu. Nakładam go w ten sposób, że na plastikowej podkładce mieszam odpowiednią ilość podkładu i produktu przy pomocy końca spiralki do brwi :D 

Mam nadzieję, że moja recenzja okaże się pomocna. Według mnie jest to produkt, który warto mieć w kosmetyczce, pod warunkiem, że nie posiada się idealnie dobranego podkładu, bo w takim wypadku jest niepotrzebny. Jestem pewna, że jeśli ta tubka mi się wykończy sięgnę po kolejną, ale chcę sprawdzić tą z Makeup Revolution. Zobaczymy :)

Pozdrawiam. 


niedziela, 9 lipca 2017

Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"

Pozwólcie, że napiszę kilka słów o książce niezwykłej. Wciągającej, ale chwilami irytującej. Takiej, która budzi skrajne emocje, targające człowiekiem przez całą lekturę. Mowa o "klasyce" , która wpisała się do kanonu dzieł światowej literatury. Czytałam ją w liceum i już wtedy wiedziałam, że do niej wrócę. Jakie na mnie wywarła wrażenie? 

Przede wszystkim czytając ją byłam poddenerwowana i chwilami przerażona. Jest to mroczne i mocne dzieło , które chwilami powoduje dreszcze na skórze. Kiedy świat fantazji i czarów miesza się z rzeczywistym, a my staramy się wszystko racjonalizować wtedy jest problem. W książce jest to najlepszy sposób do tego, aby zamknąć człowieka w oddziale psychiatrycznym i stwierdzić schizofrenię (tak jak i w naszej rzeczywistości ;)). 

Czytając "Mistrza i Małgorzatę" czułam jakbym była zamknięta w jednej wielkiej metaforze, wielowątkowości i chaosie. Co chwilę zdarzenia  i postacie mieszały się ze sobą i kilkakrotnie wracałam do poprzednich stron, aby niczego nie przeinaczyć.  Nazwiska i imiona bohaterów przewijały mi się nawet we snach. Zresztą czułam, że ta powieść jest jednym wielkim snem i kiedy wczoraj ją skończyłam poczułam się, jakbym miała przed chwilą psychotyczną marę. 

Dodam, że język lektury szczególnie przypadł mi do gustu. Nie brakowało pojęć bardziej wyszukanych, jednak wszystko czytało się szybko i płynnie. Pamiętam jak w liceum męczyło mnie to, ale teraz sprawiało przyjemność. 

Aby nie było tak kolorowo napomknę, że książka podzielona jest na dwie części, z których ta druga znacznie bardziej mnie zainteresowała. Opis balu u Szatana był dla mnie tak nietuzinkowy , że przeczytałam go dwa razy. Mimo to, w drugiej części ostatnie rozdziały wymęczyły mój umysł i czytałam ze znacznym zniechęceniem. Uważam także, iż epilog na końcu książki był czymś przydatnym, bo jak często chcę znać zakończenie, nie ma już więcej wyjaśnień. A tu proszę, było i to jakie! :) 

Zachęcam do przeczytania utworu Bułhakowa. Jestem w trakcie odbywania praktyk w psychiatryku i staram się inaczej patrzeć na granice "normy" , a dzięki tej książce na ów problem patrzę bardziej holistycznie i z innej perspektywy. 


środa, 5 lipca 2017

Zakupy z wyprzedaży

Cześć! W minioną środę, po ostatnim egzaminie postanowiłam poszaleć i wybrałam się do galerii. Warto dodać, że nie lubię chodzić po sklepach, ale lubię zakupy. Jedno nie wyklucza drugiego, po prostu męczy mnie chodzenie po nich, dlatego zazwyczaj jadę dopiero wtedy, gdy wiem, czego potrzebuję. Moim celem był H&M oraz TK Maxx, ponieważ HM to mój ulubiony sklep z ubraniami, a w TK chciałam zapatrzeć się w jakieś porządne okulary, a nie te z plastiku, jak to zazwyczaj bywało.Miałam jednak dobry humor i postanowiłam pomyszkować po innych sieciówkach...straciłam 40 minut na Zarze, Bershce, Stradivariusie oraz pull & bear, w których i tak finalnie nic nie kupiłam. Naprawdę wydaje mi się, że jedyny sensowny sklep- jego wystrój, działy basic i ogólnie ubrania są w HM.  Gdy już tam weszłam od razu zabrałam się do szukania rzeczy, które mnie interesują. Moim celem był zakup: biało-czerwonej i granatowo-białej bluzki z bawełny, stroju kąpielowego jednoczęściowego, dopasowanej marynarki oraz okularów.

Co z listy udało mi się kupić?


Czarna marynarka przeceniona z 129 zł na 40. Jest idealnie dopasowana w tali i ma odpowiednią długość. Martwię się jedynie o mechacenie materiału. 



Najbardziej spontaniczny zakup- ogrodniczki. Także w rozmiarze 34/ Przecenione ze 129/139 zł na 60. Leżą super. 



Klasyczna,  elegancka sukienka w rozm.34. Na wieszaku nie wygląda tak dobrze jak na sylwetce. Zakochałam się od razu jak ubrałam. Przeceniona ze 129 zł na 60. Wszystko pięknie, jednak gdy zobaczyłam w domu, że jest z poliestru do teraz zastanawiam się czy jej nie zwrócić... 



Bawełniana bluzka XS z 39,99 zł na 20. Miałam bardzo podobną w koszyku z działu basic, ale nieprzecenioną i dłuższą więc jak zobaczyłam tą sztukę od razu wymieniłam bluzki.



Moja bluzka, która była must have tych zakupów. Od momentu zakupu ciągle piorę i ubieram. Czuję się w niej świetnie. Wolałabym, żeby jej długość była taka jak tej poprzedniej, granatowe, ale nie można mieć wszystkeigo. Ta bluzka nie była na promocji, kosztowała 39,99 zł.



Biały top na szerokich ramiączkach z koronką to spontaniczny zakup za 20 zł. Również najmniejszy rozmiar. Czułam się w niej bardzo dobrze i stwierdziłam, że nada się idealnie do bardziej eleganckiego stroju w upalny dzień. 



Teraz czas na mój ukochany zakup! Okulary Tahari w cenie 80 zł z filtrami UVA i UVB. Zabarwiają świat na pomarańczowo-brązowo i jakość "obrazu" jaki przez nie widac jest cudowna <3 Przymierzałam jeszcze Stave Maddena, jednak finalnie pozostałam przy tych. 



Mam nadzieję, że miło Wam się oglądało moje zakupy. Pewnie gdybym miała jeszcze kilka $$$ na wydanie to byłoby tego wiecej, ale trzeba dozować przyjemności :)

niedziela, 2 lipca 2017

Recenzja książki "Małe cuda" Heather Gudenkauf

Witajcie. Dzisiejsza recenzja stylem i językiem będzie znacząco odbiegać od pozostałych. Poprzednie zostały napisane jako forma projektu w celu podwyższenia oceny z psychologii klinicznej, więc starałam się używać innego języka. Dziś prosto. Zapraszam.

Książka "Małe cuda" to powieść, którą nabyłam za pośrednictwem strony na facebooku "sprzedam wszystko, co zalega w domu". Kobieta sprzedawała kilka książek, a ja wybrałam trzy z nich (ww, "Mistrz i Małgorzata" oraz "Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem") w cenie 10 zł za każdą. Uważam to za bardzo dobrą inwestycję (ponieważ uważam książki za inwestycję). 

Po kilku egzaminach i wielu zaliczeniach, które miałam w ciągu minionego miesiąca chciałam zupełnie się wyalienować i odpłynąć przy dobrej lekturze. Nie sądziłam, że odpłynę aż tak. Od pierwszych stron akcja toczyła się szybko i sprawiała, że miałam ochotę dowiedzieć się, co będzie dalej. Nie znajdziemy w niej obszernych opisów domów, miejsc czy okolic (czego nie lubię w książkach- "Nad Niemnem" było dla mnie męczarnią) a nasza uwagę przykuwać będzie to, co jest istotne. Akcja toczy się z perspektywy jednej z głównych bohaterek oraz trzecioosobowego narratora opisującego zdarzenia 10latki. W połowie książki perspektywa staje się bardziej zbieżna, bo historie kobiety i dziewczynki splatają się. Już na początku czytelnik dowiaduje się o trudnej posadzie pracownika socjalnego oraz traumie związanej z nieustabilizowanym życiem dziecka. Parokrotnie zatrzymywałam się w trakcie czytania i uzmysławiałam "to się naprawdę dzieje, nawet teraz", a do oczu napływały mi łzy. 

Dużym atutem powieści są zakończenia każdego z rozdziałów powodujące, że z całych sił nie chcemy przerywać lektury, a dalej ją zgłębiać. Fabuła jest wartka i muszę przyznać, że od urodzenia Julii nie przeczytałam książki w niespełna 24 godziny (a nie jest to stu stronicowy egzemplarz). Przedwczoraj mi się udało. 

Podczas lektury wielokrotnie płakałam, ponieważ nie jest to książka "lekka". Traktuje o bólu, który dotyka najsłabszych istot na świecie- dzieci. Ukazuje także drastyczne konsekwencje nieprzemyślanych czynów. Dzięki niej widzę jak kolosalne znaczenie ma życie i to, w jaki sposób się z nim obchodzę. Wiele razy podczas czytania zastanawiałam się, "co by było, gdyby..." . Brałam tą historię tym bardziej personalnie, że 11 miesięczne dziecko głównej bohaterki trafiło do szpitala. Ja również byłam z moją (w tamtym momencie) 9 miesięczną Julią przez całe święta w szpitalu i te negatywne emocje z tym związane wracały do mnie ze zdwojoną siłą. Czułam fizyczny ból, kiedy czytałam o tym, jak wygląda pobyt dziewczynki w szpitalu. 

Nie będę pisać o zakończeniu ani tym, czy jestem nim usatysfakcjonowana czy nie. Liczę, że tym krótkim opisem zachęciłam do jej przeczytania. Książka jest naprawdę dobra, jeśli  zamiast dramatu na ekranie wolimy zanurzyć się w lekturze z kubkiem herbaty u boku. Gorąco polecam. 

piątek, 30 czerwca 2017

Tabletki Belissa- moje ważenia po dwóch kuracjach

Przedstawiam Wam tabletki, które stosowałam dwukrotnie przez kilka miesięcy:

Belissa Intense, tabletki na włosy, skórę i paznokcie, 50 szt
Mowa o Bellissa INTENSE, które najczęściej kupuję za ok.25 zł w Rossmannie lub aptece. W opakowaniu znajdziemy 50 tabletek, które starczą nam na tyle samo dni.Tabletki w porównaniu do innych  są dosyć duże, ale nie miałam żadnych problemów z połykaniem ich. Nie mają zapachu ani szczególnego smaku. Moja pierwsza kuracja odbyła się w trakcie ciąży i trwała przez cały jej okres. Podejrzewam, że dzięki nim (ale i za sprawą hormonów ofc) porost włosów był tak szybki. Jenak, aby przekonać się czy tak było rzeczywiście postanowiłam powtórzyć kurację całkiem niedawno. W tym celu zużyłam dwa opakowania. Jakie widzę efekty? 

Przede wszystkim tabletki działają stymulująco na porost włosów. Odstawiłam Jantar i używałam tylko ich, razem z codziennym masażem skóry głowy (który także na pewno się przyczynił do porostu). Chociaż w czasie używania belissy podcinałam włosy o kilka cm to w bardzo szybkim tempie zauważyłam ich odrost. W dodatku na mojej głowie po miesiącu używania pojawiło się mnóstwo baby hair. 

Co do skóry/ cery niestety nie mogę się wypowiedzieć, bo testowałam równocześnie wiele kremów/ toników/ żelów i one miały także wpływ na jej wygląd. Mimo to nie zauważyłam żadnego wysypu na twarzy. 

Paznokcie mam z natury słabe, a hybrydy (o których niebawem) je dodatkowo osłabiają. Jednak kiedy zaczęłam używać produktu udało mi się je nawet trochę zapuścić. Łamania i rozdwajania nie "naprawiły" niestety. Jednak zdaję sobie , że tabletki to tylko suplement, który i tak nie pomoże jeśli będę niezdrowo jeść czy nie szanować ciała. 

Podsumowując: największe efekty zauważyłam po włosach i o to mi chodziło. Jestem pewna, że niedługo- mowa o ok.3-4 miesiacach- zacznę znowu ich używać. W swoim krótkim życiu przetestowałam 4 inne suplementy i żadne nie działały tak spektakularnie na włosy jak belissa. Polecam je każdemu. 


wtorek, 27 czerwca 2017

Buble ostatnich tygodni

Hej! Raz na jakiś czas trafiają nam się kosmetyki, które niekoniecznie zachwycają swoim działaniem, albo po prostu nas zawodzą. "W internetach" przyjęło się nazywać je bublami. Niestety i ja czasami na owe trafiam. Oto te, które wpadły w moje ręce na przestrzeni ostatnich dwóch/trzech miesięcy:


Taram , piątka nieszczęśliwców. 

Czym zawinili ? 

Podkład Maybelline matująco-nawilżajacy: 


Wzięłam go, ponieważ jego właściwości były tym, czego szukałam oraz był w promocji po ok.9 zł. Nie lubię go, ponieważ:
-ma bardzo brzydki, ciemny kolor (wybrałam najjaśniejszy z gamy) i na twarzy utlenia się do pomarańczy
-tworzy "placki" na skórze
-ciężko go równomiernie rozprowadzić
-jest bardzo gęsty i ciężki 
-skóra po nim bardzo szybko się świeci 
Jedynym plusem jest zapach.


Żel do brwi transparentny Maybelline:


Ten produkt mam najdłużej. Niestety, ale go nie wykończę. Największym minusem jest to, że nie robi tego, co powinien- nie utrwala. Włoski po jego użyciu są takie jak przed- niesforne i powykręcane. Unlike.


Krem nawilżający Rival:


Testuję go ponad dwa miesiące i mam go dość. Produkt kupiłam "z braku laku", gdyż zapomniałam zabrać na wyjazd swojego produktu z domu i będąc w Rossmannie wybrałam coś na szybko i tanio. 
-krem w ogóle nie nawilża
-skóra po nim jest ściągnięta
-ma bardzo męczący zapach 
-wchłania się tak szybko, jakbyśmy nic nie nałożyli na twarz (dla niektórych plus)
 Kolor i konsystencja są ok, jednak nie na to zwracam największą uwagę w przypadku kremów.


Matowa pomadka do ust w płynie od mysecret:


Znowu- skusiłam się na kosmetyk "na szybko"- bez wcześniejszego researchu w internecie, bo był na promocji (swoją drogą te zakupy pod wpływem impulsu nigdy nie wychodzą mi na dobre). Oprócz ładnego, słodkiego, cukierkowego zapachu produkt:
-zbiera się w każdej "zmarszczce" w ustach
-schodzi nawet bez pomocy jedzenia czy picia
-wysusza usta na wiór


To już wszyscy nieszczęśnicy, którzy uprzykrzyli mi życie. Mam nadzieję, że zbyt szybko kolejni się nie pojawią. Miłego dnia :)

niedziela, 25 czerwca 2017

Recenzja książki prof. Małgorzaty Kościelskiej "Niechciana seksualność"

Z literaturą profesor Małgorzaty Kościelskiej było mi dane zetknąć się pierwszy raz przygotowując tę recenzję. Już wcześniej, od koleżanki z roku słyszałam iż warto sięgnąć po tę pozycję, jednak zazwyczaj odkładałam to na później. „Niechciana seksualność, o ludzkich potrzebach osób niepełnosprawnych intelektualnie”  to książka o bolesnej stronie życia tych, którym i tak nie żyje się łatwo. To książka trudna i bardzo uwrażliwiająca. Moim zdaniem uczy ludzi empatii. 

Zacznę od zwrócenia uwagi na problem, który był przytoczony przy okazji rozwoju seksualnego u dzieci i młodzieży oraz przewijał się do końca książki. Mam na myśli zagwostkę, którą mają dorośli względem osób niepełnosprawnych, mianowicie- informowanie swoich dojrzewających dzieci o seksualności. Uważam, że problem odnoszący się do osób z deficytami intelektualnymi nie dotyczy tylko tej grupy społeczeństwa, ale jest on globalny. Mimo, że „stajemy się” coraz bardziej nowocześni, wszystko się rozwija to jakąś część (powiedziałabym, że znaczną) ludzi obejmuje seksualne tabu. Z własnych obserwacji upatruję tutaj dwie główne przyczyny- u rodzin chrześcijańskich jest to mocny nacisk moralny, aby „o tym jeszcze nie mówić” (w efekcie nie mówić w ogóle), a z drugiej, na co wskazywała autorka- lęk przed rozerotyzowaniem dzieci i młodzieży. W efekcie nadal spotykam osoby, które nie znają podstawowych pojęć z zakresu biologii, anatomii czy boją się iść do ginekologa. Osoby te , choć zdrowe są także w pewnej sferze wiedzy o człowieku upośledzeni.

Zdaję sobie sprawę, że książka nie traktowała o ludziach w normie intelektualnej, jednak czytając tą książkę zgeneralizowałam i spojrzałam szerzej na problem. Momentami wydawało mi się, że nie czytam o osobach z upośledzeniem umysłowym, a o większości nastolatków.

Autorka uświadomiła mnie także, że zachowania społeczne osób niepełnosprawnych intelektualnie ukierunkowane są nie na zdobywanie pozycji w grupie ile na zapewnieniu bliskich więzi przynajmniej od jednej osoby dorosłej. Z mojego punktu widzenia jest to problem o tyle duży, że osoby niepełnosprawne  cierpią na brak odpowiedniego wsparcie ze strony tych osób. Najczęściej są to rodzice, jednak co ma zrobić dziecko, które i tak nie może się do nich zwrócić, nie ma w nich „bezpiecznej bazy” ? Zostaje samo ze swoim deficytem i patologią. Często niezrozumiałe zachowania już dorosłej, upośledzonej osoby bywają niekomfortowe dla otoczenia- mowa o przytulaniu, całowaniu w miejscach publicznych czy rzucaniu się na ziemię. Jednak warto zdać sobie sprawę, że osoby te nie działają po to, by wzbudzić złość opiekuna, a rozpaczliwie wołają o uwagę i miłość z ich strony.

Wielkim walorem lektury są przykłady podawane z pracy autorki. Dialogi w bardzo obrazowy sposób pokazują główne problemy z jakimi borykają się osoby niepełnosprawne intelektualnie. Brakuje im przede wszystkim zrozumienia i akceptacji otoczenia, ale także wiele z nich cierpi na „głód informacji”. Często też osoby takie wypierają lub zaprzeczają swoim potrzebom. Prof. Kościelska podkreśla jak tłumienie potrzeb może wpływać na dalszy rozwój i egzystencję. Ogólną dezinformację widać także w wywiadach z większością osób cytowanych w książce. Dochodzi do tego, że kobieta w wieku prawie 40 lat nie wie ile trwa ciąża i uważa, że mężczyźni też miesiączkują.
Kolejną rzeczą, która zmusiła mnie do głębszych rozmyślań to przykłady kobiet 27-letniej Iwony z porażeniem dziecięcym oraz 32-letniej Elżbiety z umiarkowanym upośledzeniem umysłowym. Obie kobiety zostały oddane do zakładów/Domów Dziecka bardzo wcześnie. I obie, choć w różnym stopniu sprawne umysłowo czuły bardzo duże odrzucenie. Zatrważające było w jaki sposób tłumaczyły nieobecność najważniejszych osób w życiu. Iwona za każdym razem twierdziła, że „nie mogę wyjść, bo mnie nie chcą, ja chcę ale oni mnie nie”. Elżbieta zwracała uwagę na brak zainteresowania. Zdziwiło mnie to, że w przypadku „zdrowych” osób mamy najczęściej do czynienia z mechanizmami obronnymi. Zazwyczaj w przypadkach wyżej wymienionych byłoby to wyparcie lub zaprzeczenie. Kobiety nie tłumaczyły sobie tych wydarzeń z przeszłości w sposób chroniący ich psychikę. Mimo że są określane jako upośledzone intelektualnie to sposób ich rozumowania jest przejrzysty. Być może właśnie też dlatego tak się ich nazywa, bo chociaż przez mechanizmy obronne widzimy trudne dla nas treści „w krzywmy zwierciadle” to  używanie ich pełni funkcję obronną ego.

„Niechciana seksualność o ludzkich potrzebach osób niepełnosprawnych intelektualnie” to książka, która oprócz trudnych opisów doświadczeń ludzi dotkniętych kalectwem umysłowym uwrażliwia czytelnika na ich ból. Pozwala nabywać umiejętność, która choć obecnie często wytykana jako słabość pozwala zrozumieć drugą osobę. Książkę polecam każdemu, ponieważ czyta się ją bardzo szybko i mimo przedstawianych treści i holistycznego problemu (ukazanego także z wielu perspektyw) pozwala nauczyć się empatii i zrewidować nasze poglądy. 

Miłej niedzieli. 

środa, 21 czerwca 2017

Aktualizacja włosów czerwiec

Cześć! Dziś przychodzę do Was z moim ulubionym wpisem na blogach- tym o włosach. Sama również lubię dodawać taką aktualizację, bo widzę z perspektywy czasu jak wyglądały moje włosy i ile udało mi się osiągnąć.
Od ostatniej aktualizacji minęło sporo czasu, naprawdę dużo. Włosy urosły o kilka centymentrów i...zmieniły kolor. Oczywiście nie same, a za sprawą rozjaśniacza, ale o tym za chwilę.
Kiedy w listopadzie dodałam aktualizację włosów dwa razy zawitałam do fryzjera. Od lat jest to Gosia z salonu fryzjerskiego w Chełmnie  https://www.facebook.com/salonfryzjerskichelmno/ . Dwukrotnie zdecydowałam się na podcięcie włosów i rozjaśnienie. Raz wykonałam tylko "wyższe" ombre, a w kwietniu postanowiłam zaszaleć i rozjaśniłam je prawie od skóry głowy. Kilka zdjęć z tamtego okresu:

Przed pierwszym farbowaniem i podcinaniem:




Po pierwszym farbowaniu i podcięciu:








Po drugim rozjaśnianiu:
Powyżej jeszcze mokre po myciu 



Jak moje włosy wyglądają obecnie ?


Włosy w kolorze dębu sonoma :D 





Od 1 kwietnia nie rozjaśniałam włosów ani nie podcinałam. Kolejne zmiany mam zamiar wprowadzić najszybciej w lipcu (podcięcie, ewentualnie wyrównanie odrostów, aby przechodziły lekko w naturalne).

Czego obecnie używam?

Szampony:

  • Babuszka Agafii nr 3 na łopianowym propolisie (wróciłam do niego) 
  • Joanna szampon z płukanką 
  • do oczyszczania Jantar do włosów suchych i zniszczonych
  • Dove Regenerate Nourishment(regenerująco - odżywiający) 
Maski:
  • Babuszka Agafii maska łopianowa
  • Biowax czarna z kawiorem (intensywnie regenerująca znowu kupiłam ponownie po jakimś czasie, pięknie pachnie, super działa)
Odżywki:
  • Garnier Ultra Doux z avokado i masłem karite 
  • Dove Regenerate Nourishment (regenerująco-odbudowująca)
  • Nivea Diamond Glossy 
Inne produkty:
  • Elseve odżywka w sprayu do wlosów suchych i zniszczonych
  • Gliss Kur Ultimate Repair czarno-złota odzywka w sprayu
  • CHI- jedwab na końcówki (chyba 4 opakowanie, które używam)
  • Olejek ze słodkich migdałów
  • Olejek lniany 
  • Tydzień temu skończyłam używać tabletek Belissa 
Miłego dnia :)

niedziela, 18 czerwca 2017

Recenzja książki Katarzyny Schier " Piękne brzydactwo"

Witam. Tak jak obiecałam- w niedzielę będę dodawać wpis o książkach, które przeczytałam. Dzisiaj obszerna recenzja, którą napisałam już dwa miesiące temu w ramach pracy domowej na zajęcia z psychologii klinicznej. 

Zagadnienie związane z rozpatrywaniem zależności dotyczącymi wpływu czynników psychicznych na organizm człowieka interesowało mnie od dłuższego czasu. Wielokrotnie zwracałam uwagę na fakt działania mojego organizmu podczas stresujących sytuacji, w których całe ciało mówiło mi  jak trudne jest to zdarzenie i ile kosztuje fizycznego wysiłku. Dopiero niedawno miałam okazję, aby całemu zjawisku przyjrzeć się dokładniej. Czytając tekst o „porzuconym ciele” w kontekście chorób odżywiania zapragnęłam pogłębić wiedzę z tego zakresu i przeczytać całą książkę profesor Katarzyny Schier „Piękne brzydactwo”.

Uważam, że o wartości książki dla czytelnika świadczy refleksja i niedosyt, który sprawia, że chcemy dalej eksplorować w tej dziedzinie. Mam na myśli tutaj książki głównie naukowe, w których to, jak treści są przekazane ma wpływ na atrakcyjność tekstu. Przykładem może być genialnie napisana książka o ekonomii (którą się w ogóle wcześniej nie interesowałam) „Finansowy Ninja” Michała Szafrańskiego.

Od razu zaznaczę, że książka prof. Schier skłoniła mnie do wielu refleksji i wzbudziła różne emocje, z którymi podzielę się później. Najpierw kilka słów o pierwszych wrażeniach.

Oczekiwania, które miałam względem wyżej wymienionej pozycji były dosyć duże. Ciekawy tytuł, interesujące zagadnienie i poważny autorytet. Mimo to do połowy książki walczyłam z oporem i ambiwalentnymi uczuciami, które zniechęcały mnie do dalszego czytania. Zawiodłam się tym, że nie jest to książka, którą mogę przeczytać „w sobotni wieczór”, ale podczas której muszę cały czas być skupiona i uważna, bo każde zdanie ma znaczenie.  Samo czytanie wymagało ode mnie dużego wysiłku i często jeden akapit czytałam trzy razy, aby go dobrze zrozumieć. Po całej lekturze uważam, że to właśnie świadczy o tym, jak ta pozycja jest dobra i wartościowa. Autorka dokonała wszelkich starań, aby lektura była napisana przystępnym językiem, ale dla osoby, która do całej teorii psychodynamicznej odnosiła się wówczas z nieukrywanym dystansem i niechęcią sprawiała mi niemały problem. Jednak dzięki przeczytaniu książki dowiedziałam się wielu metodach stosowanych w eksperymentach psychologicznych, o założeniach nurtu psychodynamicznego np. o całej relacji więzi z obiektem, który wcześniej interpretowałam bardzo powierzchownie. Dużym atutem jest również przytaczanie studium przypadków, w których autorka opisuje osobę z wcześniej zaznaczonym problemem i pracę nad defektem.

Najtrudniejszym rozdziałem w książce był ten poświęcony zaburzeniom obrazu ciała u osób cierpiących na choroby psychosomatyczne, jednak dowiedziałam się z niego najwięcej. Miałam okazję zastanowić się nad całą traumą, która spada na dziecko w momencie ułomności rodzica, która wynika z braku identyfikacji z bólem własnego dziecka czy emocjonalno-fizycznej niedostępności opiekuna. Jak dziecko, które zostało skrzywdzone przez czynniki niezależne od niego (biologiczne) musi w dodatku uporać się z patologiami czy nawet zaburzeniami w zachowaniu/osobowości rodzica. Odniosłam wrażenie, że połowa problemów, która z tego wynika była opisana w owej publikacji. Związane z tym jest mnóstwo problemów począwszy od doświadczania przez dziecko parentyfikacji, po zniekształcony proces tworzenia się autonomii jednostki w procesie separacji-indywiduacji aż po poświęcanie swojego ciała, aby chronić dobry obraz rodzica, opiekuna. Sytuacja związana z zachowywaniem pozytywnego obrazu ważnych osób jest zdaniem autorki iluzją bycia kochanym. W obliczu przytaczanych argumentów w książce trudno się z tą hipotezą nie zgodzić. Dziecko nawet nie ważne jak zaniedbane czy okaleczane będzie całą ufność i miłość chciało przelać na rodzica, bo przecież z założenia „mama mnie kocha i jest dobra”. Tu książka okazuje się najbardziej drastyczna, bo pokazuje, że nie zawsze tak jest.

Rozdział, który czytało mi się najprzyjemniej dotyczył możliwości transformacji obrazu ciała. Traktował o operacjach plastycznych i jego mentalnych konsekwencjach dla pacjentów. Często kobietom wydaje się, że po operacji ich życie będzie inne, lepsze, „wszystko się ułoży” i ich samoocena wzrośnie. Przed lekturą być może nie podważyłabym wcześniejszego zdania. Jednak rzeczą którą zrozumiałam dzięki autorce jest dopuszczenie do swojego myślenia tezy zgodnie z którą Ja cielesne i obraz ciała są elementarną częścią osobowości. Cześć ta zostaje ukształtowana we wczesnym dzieciństwie i zabiegi chirurgiczne jej nie naprawią. Mogą stanowić jedynie gratyfikacje, która minie. Przedstawiony wniosek odnosi się bezpośrednio do ostatniego rozdziału książki. Profesor Katarzyna Schier kończy książkę stwierdzeniem, że nawet nie spełniając wymogów kultury dotyczących piękna, buduje się takie poczucie we wczesnej relacji z opiekunami lub odbudowując je w późniejszym życiu. Można być pięknym posiadając cechy „brzydactwa”, ponieważ piękno rodzi się w naszych głowach. U osób z zaburzoną percepcją własnego ciała, albo z kobietami dążącymi do osiągnięcia piękniejszej sylwetki zalecana jest psychoterapia skupiona na uprzednim „naprawieniu” swojego obrazu w umyśle. W tym kontekście bardzo ciekawą jawi mi się terapia ciała, której nie będę opisywać, ale dotyczy ona wyrażania emocji.

W temacie terapii moja uwaga sfokusowała się na terapii dotykiem. Leczenie osób z problemem akceptowania własnej cielesności lub dzieci ofiarujących swoje ciało poprzez: pływanie czy dogoterapię uznałam, za –z jednej strony- pozadyskusyjne, a drugiej-aż nierealne, aby mogło pomóc. Autorka przywołuje badania, w których osoby posiadające psy mają obniżone ciśnienie tętnicze krwi, spadek poziomu stresu i obniżenie poziomu cholesterolu. Natomiast pływanie ma  dostarczyć podstawowych wrażeń sensorycznych, które mogą przywoływać kojące wspomnienia bycia kąpanym w okresie dzieciństwa. Badania zdają się potwierdzać skuteczność metody.

Chcę zaznaczyć, że atutem tej książki jest jej kompleksowość. Zjawiska, które zostały opisane w książce były rzetelnie wyjaśnione i do każdego zagadnienia autorka dodała albo badania własne, innych lub studium przypadku. Chociaż objętościowo nie zajmuje wiele stron, to jej treść w sposób dokładny opisuje zagadnienia obrazu ciała w kontekście psychosomatycznym. Jestem pewna, że zajrzę do tej publikacji ponownie, ponieważ profesor Schier odpowiada na pytania, które stawia, co nie zdarza się często. Niech za przykład posłuży książka Karen Horney „Neurotyczna osobowość naszych czasów”, w której autorka zmuszając do refleksji po każdym rozdziale dawała nadzieję, że odpowiedź uzyskamy po przeczytaniu kolejnego, co nie miało miejsca. Być może w tamtej książce miał być to zabieg zachęcający do czytania, ale mnie zniechęcał.  


Zadaję sobie sprawę z tego, że ta książka dopiero otwiera mi drzwi do zagadnienia związanego z zależnością psyche i somy, ale po przestudiowaniu tej lektury mam ochotę na więcej.

Miłej lektury :)  

środa, 14 czerwca 2017

Cienie GlamShadows

Witam w kolejny piękny dzień. Zaprezentuję Wam dzisiaj kosmetyki, które od 3 miesięcy goszczą w mojej toaletce. Kilka z nich zamówiłam całkiem niedawno, ale już przetestowałam. Mowa o paletce Glambox. w której znajdują się cienie Glamshadows.

Od roku zastanawiałam się nad inwestycją w porządne cienie, które mnie zadowolą (pigmentacja+ trwałość). Rozważałam przede wszystkim Inglota, bo naczytałam się pełno opinii o tych produktach. Wiedziałam, że nie będzie to paletka skompletowana odgórnie, a taka, której kolory sama wybiorę. Zazwyczaj, gdy kupowałam "gotowe" paletki-były w nich  cienie, których w ogóle nie ruszałam. Doszłam do wniosku, że jest to marnotrawstwo i postanowiłam, że sama zadecyduję których kolorów będę używać. Mój wybór padł jednak na cienie Glamshadows:



Tak paleta prezentuje się od przodu, tyłu i środka. Jest ona magnetyczna, ma miejsce na 12 cieni. Można do niej włożyć także bronzery, ocieplacze,róże czy rozświetlacze z serii kosmetyków Hani.
Jej wygląd od razu mnie urzekł. Pudełko jest wykonane z tektury, a w środku znajduje się plastikowa "szybka", aby widzieć produkty w opakowaniu. Po pewnym czasie od jej używania nadal mi się podoba, jednak wolałabym, żeby ta szybka była wykonana z czegoś bardziej porządnego, a sama paletka zrobiona z plastiku. W dodatku naturalnym jest, że szybko się brudzi, ale to było do przewidzenia. Magnes jest bardzo mocny i mam pewność, że żaden z produktów nie wypadnie. Paleta na 12 cieni to koszt 29 zł.



Cienie, na które się zdecydowałam (od lewej, I rząd, na ręce w takiej samej kolejności):

-matowy cielak

-budyniowy

-flamingo

-cytrynowa mgiełka

-Ej Rudy!

-kakaowa cegła

-różowe złoto

-złota pistacja

-tango

-bingo

-wytrawny róż

-palona kawa

Od razu zaznaczę, że jestem zakochana w tych nazwach. Wreszcie coś polskiego :) Cienie mają 1,8 g i kosztują 12 zł za sztukę. Jeśli zdecydowałabym się na beztalkowce to płaciłabym za cień 16 zł jednak owego w mojej kolekcji nie ma. Łącznie za paletkę z cieniami zapłaciłam 173 zł

Zacznę od tego , że jedynym cieniem ,który mi się nie podoba jest złota pistacja (na swatchu na ręce jej nie widać, jest piąta od prawej strony). Nie wygląda zbyt dobrze do moich oczu i urody. W dodatku w porównaniu do reszty cieni jest bardzo słabo napigmentowana. Jednak używam jej,bo chcę jak najszybciej kupić dla niej zamiennik (mam już wybrany kolor).

Co do reszty- używam kolorów z taką samą regularnością. Po pierwszym użyciu byłam w głębokim szoku, bo nie wiedziałam, że cienie mogą być aż tak bardzo napigmentowane i tak pięknie się rozcierać. Do dzisiaj używa mi się ich najlepiej i w dni, kiedy zmuszam się , aby wykańczać moje pozostałe produkty zawsze mam w głowie "Glamshadows to lepsza opcja". Dodatkową zaletą produktów jest to, że cienie nie zbierają się w załamaniu. Moja powieka jest dosyć "trudna" ze względu na to, jak łatwo się tłuści i "zbiera" wszystkie produkty w załamanie, jednak z tym kosmetykiem coś takiego mi nie straszne. Jestem także bardzo zadowolona z jasnych, bazowych cieni (matowego cielaka i budyniowego), ponieważ są to pierwsze jasne cienie, pod które nie muszę używać żadnego kolorowego produktu, który zakryje żyłki na powiece.

Z paletki jestem bardzo zadowolona i na pewno będę w nie dalej inwestować. Za jakiś czas, kiedy wykończę moje inne paletki mam zamiar dla porównania kupić kilka cieni z Inglota i porównać je ze sobą.

Polecam.