środa, 14 czerwca 2017

Cienie GlamShadows

Witam w kolejny piękny dzień. Zaprezentuję Wam dzisiaj kosmetyki, które od 3 miesięcy goszczą w mojej toaletce. Kilka z nich zamówiłam całkiem niedawno, ale już przetestowałam. Mowa o paletce Glambox. w której znajdują się cienie Glamshadows.

Od roku zastanawiałam się nad inwestycją w porządne cienie, które mnie zadowolą (pigmentacja+ trwałość). Rozważałam przede wszystkim Inglota, bo naczytałam się pełno opinii o tych produktach. Wiedziałam, że nie będzie to paletka skompletowana odgórnie, a taka, której kolory sama wybiorę. Zazwyczaj, gdy kupowałam "gotowe" paletki-były w nich  cienie, których w ogóle nie ruszałam. Doszłam do wniosku, że jest to marnotrawstwo i postanowiłam, że sama zadecyduję których kolorów będę używać. Mój wybór padł jednak na cienie Glamshadows:



Tak paleta prezentuje się od przodu, tyłu i środka. Jest ona magnetyczna, ma miejsce na 12 cieni. Można do niej włożyć także bronzery, ocieplacze,róże czy rozświetlacze z serii kosmetyków Hani.
Jej wygląd od razu mnie urzekł. Pudełko jest wykonane z tektury, a w środku znajduje się plastikowa "szybka", aby widzieć produkty w opakowaniu. Po pewnym czasie od jej używania nadal mi się podoba, jednak wolałabym, żeby ta szybka była wykonana z czegoś bardziej porządnego, a sama paletka zrobiona z plastiku. W dodatku naturalnym jest, że szybko się brudzi, ale to było do przewidzenia. Magnes jest bardzo mocny i mam pewność, że żaden z produktów nie wypadnie. Paleta na 12 cieni to koszt 29 zł.



Cienie, na które się zdecydowałam (od lewej, I rząd, na ręce w takiej samej kolejności):

-matowy cielak

-budyniowy

-flamingo

-cytrynowa mgiełka

-Ej Rudy!

-kakaowa cegła

-różowe złoto

-złota pistacja

-tango

-bingo

-wytrawny róż

-palona kawa

Od razu zaznaczę, że jestem zakochana w tych nazwach. Wreszcie coś polskiego :) Cienie mają 1,8 g i kosztują 12 zł za sztukę. Jeśli zdecydowałabym się na beztalkowce to płaciłabym za cień 16 zł jednak owego w mojej kolekcji nie ma. Łącznie za paletkę z cieniami zapłaciłam 173 zł

Zacznę od tego , że jedynym cieniem ,który mi się nie podoba jest złota pistacja (na swatchu na ręce jej nie widać, jest piąta od prawej strony). Nie wygląda zbyt dobrze do moich oczu i urody. W dodatku w porównaniu do reszty cieni jest bardzo słabo napigmentowana. Jednak używam jej,bo chcę jak najszybciej kupić dla niej zamiennik (mam już wybrany kolor).

Co do reszty- używam kolorów z taką samą regularnością. Po pierwszym użyciu byłam w głębokim szoku, bo nie wiedziałam, że cienie mogą być aż tak bardzo napigmentowane i tak pięknie się rozcierać. Do dzisiaj używa mi się ich najlepiej i w dni, kiedy zmuszam się , aby wykańczać moje pozostałe produkty zawsze mam w głowie "Glamshadows to lepsza opcja". Dodatkową zaletą produktów jest to, że cienie nie zbierają się w załamaniu. Moja powieka jest dosyć "trudna" ze względu na to, jak łatwo się tłuści i "zbiera" wszystkie produkty w załamanie, jednak z tym kosmetykiem coś takiego mi nie straszne. Jestem także bardzo zadowolona z jasnych, bazowych cieni (matowego cielaka i budyniowego), ponieważ są to pierwsze jasne cienie, pod które nie muszę używać żadnego kolorowego produktu, który zakryje żyłki na powiece.

Z paletki jestem bardzo zadowolona i na pewno będę w nie dalej inwestować. Za jakiś czas, kiedy wykończę moje inne paletki mam zamiar dla porównania kupić kilka cieni z Inglota i porównać je ze sobą.

Polecam. 

niedziela, 11 czerwca 2017

Lubię czytać książki

Hej. To już kolejny post w krótkim czasie- szaleństwo po prostu. Jednak mam przerwę w sesji i chcę ją dobrze spożytkować. Już kiedyś miałam zamiar wystartować z serią o książkach, ale zazwyczaj mi to umykało. Dziś pora to zmienić.
Odkąd pamiętam lubiłam czytać książki. W podstawówce zaczytana w serii Ani z Zielonego Wzgórza (przeczytałam całą dwa razy) oraz książki Siesickiej (nadal pamiętam "Zapałkę na zakręcie"), później nastały czasy wielkich idei i Coelho. Z czasem brnęłam przez Sparksa, Cobena i inne wielkie nazwiska. Od czasów liceum czytałam więcej niż w gimnazjum, jednak nadal była to zaledwie książka/dwie w miesiącu. Przełom nastąpił kiedy skończyłam liceum. Wtedy przeczytałam sporo książek ,a ich liczba wciąż rosła. Stało się to jedną z moich ulubionych czynności relaksacyjnych.  Niestety, ale mam bardzo słabą pamięć długotrwałą i większość z tytułów, które miałam w dłoniach zostały przeze mnie zapominane. Pod koniec 2016 roku postanowiłam, że zacznę zapisywać te, które przeczytałam. Z Nowym Rokiem założyłam także, że w tym 2017 przeczytam 50 książek. Mamy czerwiec, a ja jestem w trakcie 26 książki więc myślę, że dam radę. Według mnie to najlepsze wyzwanie z jakim postanowiłam się zmierzyć. 
Poniżej chcę Wam zamieścić listę książek, które przeczytałam w tym roku. Na zielono zaznaczę te, które Wam polecam. Mam zamiar również opisywać niektóre z nich i takie mini recenzje dodawać w dany dzień tygodnia (możemy ustalić, że będzie to niedziela).
Pragnę też zaznaczyć, że większość z tych książek posiadam- albo je dostałam, albo kupiłam. Zatrzymuję tylko te, które mi się podobają i przeczytam je jeszcze co najmniej raz. Resztę oddaje do biblioteki. W przypadku książki "Przeżyć" pożyczyłam ją od Karoliny, ale tak bardzo mi się spodobała, że mam zamiar ją niebawem kupić, bo chcę do niej wracać.

1.      Psychologia zmiany- Mateusz Grzesiak
2.      Chcieć mniej- Katarzyna Kędzierska
3.      Wichrowe Wzgórze- Emily Bronte
4.Ginekolodzy-Jurgen Thornwald
5.      Wszystko da się naprawić- Zbigniew Lew-Starowicz (2 raz)
6.      Mengele: polowanie na Anioła Śmierci-G.Posner,J.Ware
7.      Bez pamięci-Martyna Kubacka
7.      Jeszcze jeden oddech-Paul Kalanithi
9.      Zanim się pojawiłeś-Jojo Moyes
10.      Niech będzie wola Twoja-Macime Chattman
11.  Konfesjonał-Jack Higgins
12.  Piękne brzydactwo-Katarzyna Schier
13.  Niechciana seksualność-Małgorzata Kościelska
14.  Siostra Łucja mówi o Fatimie-opr.Ojciec Ludwik Kondor
15.  Wirus samotności-W.Kruczyński nie skończyłam,bo mega nuda
16.  Przeżyć- Yeronmi Park
17.  O mężczyźnie- Zbigniew Lew-Starowicz
18.  Ego-rcyzmy- Mateusz Grzesiak
19.  Od urodzenia-Elisa Albert
20.  Złodziejka książek-Markus Zusak
21.  Magia sprzątania-Marie Komondo
22.  Anaruk Chłopiec z Grenlandii- Czesław Centkiewicz
23.  Tokimeki- Marie Kondo
24.  Seria One są wśród nas (Rodziny dzieci niepełnosprawnych, Dzieci z porażeniem mózgowym, Dzieci z zespołem Downa)- Małgorzata Kościelska
25.  Dorosnąć do…Infantylna osobowość naszych czasów- Małgorzata Kościelska (artykuł)
26.  Ślepnąc od świateł- Żulczyk 

Jak widać czytam baaaardzo różne rzeczy i czuję dzięki temu, że dużo zyskuję (rymy lotem Ryszarda Pe). Jestem ciekawa świata nie tylko w wyodrębnionych jego obszarach, a raczej w szerszej perspektywie. W tym roku chciałabym przeczytać parę bardziej ambitnych książek m.in dzieła Hawkinga, Chestertona czy Łysiaka, ale zobaczymy co czas przyniesie. 

Miłego dnia. 

czwartek, 8 czerwca 2017

Podkład Soraya Aqua Matt

Cześć! :) 
Po ponad półrocznej przerwie witam się z Wami ponownie, aby przedstawić  produkt, który używałam przez ostatnie 4 miesiące. Jak wiecie (albo i nie) jeszcze półtora roku temu z podkładów korzystałam sporadycznie. Na większe wyjścia, ale nic poza tym. Sytuacja się zmieniła, gdy przekonałam się, że pełen makijaż wygląda dużo lepiej, a produkty tego typu nie zapychają mi skóry.
Pod koniec lutego znalazłam w Naturze coś, co przyciągnęło moją uwagę. Matujący podkład, który ma nawilżać. Znalazłam odpowiedni odcień- 101 jasny beż i zabrałam się do testów. Właśnie dzisiaj go wykończyłam i myślę, że mogę o nim już coś powiedzieć.


Za 30 ml produktu zapłaciłam 22 zł, czyli cena bardzo przeciętna jak na drogeryjne podkłady. Wybrałam najjaśniejszy kolor jaki był dostępny w sklepie. Zdaniem producenta: "Jedwabisty podkład perfekcyjnie matuje cerę i maskuje niedoskonałości, jednocześnie zapewniając doskonałe nawilżenie i poczucie komfortu. Podkład nie zatyka porów, nie powoduje efektu maski." 

Czy to prawda? 

Chciałoby się odpowiedzieć jednym słowem: tak. Jednak mam trochę więcej przemyśleń. 

  • Uważam,że podkład jest bardzo dobrym, lekkim i dziennym produktem. 
  • Nie tworzy efektu maski, a moje naczynka, które mam przebijają przez niego. 
  • Oprócz swojej lekkiej formuły bardzo ładnie ujednolica skórę. 
  • Nie zapycha. 
  • Dzięki jedwabistej i lekkiej konsystencji rozprowadza się równomiernie i gładko. Mój sposób nakładania go to ten za pomocą palców- gąbeczka BB i blend it sprawdziła się gorzej. Jak nakładam go palcami na całą twarz zużywam pół pompki. 
  • Efekt krycia można stopniować, jednak uważam, że nie ma co przesadzać.
  • Delikatnie ciemnieje po 10 minutach od nałożenia, ale tylko o pół tonu.
  • Wpada w żółte, nie różowe tony. 
  • Ładnie, świeżo pachnie. 
  • Ma bardzo fajną pompkę, która nie wyciska za dużo podkładu i jest higieniczna. 
  • Minusem dla niektórych może być to, że chociaż nawilża to matowienie należy do średnich. Po 4 godzinach od nałożenia skóra na czole się świeci (w moim przypadku to norma). 
  • Jak dla mnie ważne jest też to, że ściera się bardzo ładnie (o ile coś może się ładnie ścierać :P). Ucząc się po nocach czasami jak Mała zaśnie w dzień ucinam sobie drzemki, a później gdzieś wychodzę, ale z tym podkładem nie muszę się martwić, że wygląda nieestetycznie po krótkim spanku :)


Jednym słowem: polecam. Z pewnością wrócę do niego latem, ponieważ teraz używam trzech innych produktów z kategorii podkład. 

wtorek, 29 listopada 2016

Płynne pomadki do ust Golden Rose

Dziś prezentuję chyba najbardziej słynne pomadki od Golden Rose. Mowa o GR Longstay Liquid Matte Lipstick (ale długa nazwa) . Moje kolory to:


Miałam jeszcze jeden, ale bardzo mi nie pasował i postanowiłam go wydać. Powyżej kolejno : 05, 10, 09,01 . Starałam się zrobić im zdjęcia oddające jak najwierniej kolor, ale chyba nie wyszło .






Kolory na odwrót odlicz: 01,09,10,05 


Co o nich sądzę?
Ilość chyba o czymś świadczy. Może i nie mam ich tylu, co velvet matte, ale to dlatego ,że moim zdaniem nie są na co dzień. 
Velvet Matte są mniej trwałe od tych płynnych jednak nie wysuszają ust tak bardzo jak liquid. To wysuszanie nie jest jakieś ogromne, bo np.w swojej kolekcji mam pomadkę płynną z lovely i poziom wysuszenia po jednym dniu w porównaniu do GR jest duży.
Za co uwielbiam te szminki?
-za trwałość; to jest ich największy atut. Bourjois (te NibySuperTrwałe pomadki) nie mają do nich żadnego porównania. Dla przykładu, aby zmyć szminki muszę używać zwilżonych chusteczek z olejkami lub płynu dwufazowego. 
-za ładne "zjadanie się" i to nie żaden wymysł,bo nawet Damian stwierdził, że nie wygląda nieestetycznie po posiłku
-za cenę vs jakość; produkt zachowuje się dużo lepiej od droższych kosmetyków do ust, 20 zł za takie cudo to naprawdę świetna inwestycja
-za kolory...bo są przepiękne. Za chwilę opisze każdy z tych, które posiadam


Kolor 01 to bardzo jasny, pudrowy róż zmieszany z nutką nudziaka. Używałam go głownie latem, ciekawie kontrastował ze skórą. Mam zamiar smarować się nim w zimę, chociaż mogę wyjść na tym  trupio :D Minusem tej szminki jest to, że czasami, nie wiem od czego to zależy wchodzi w te mikro 'zmarszczki' w ustach, zbiera się. I w porównaniu do innych "zjada się" najgorzej.



Szminka nr 10 to ten najbardziej słynny i chyba kontrowersyjny kolor w tej kolekcji. Uwielbiam go do mocniejszego makijażu (do tego na zdjęciu wygląda raczej średnio). Zawsze zwraca na siebie uwagę :)



Nr 10 to jeden z kolorów, który nigdy nie zawodzi. Na randkę-idealny. Wiem, że zbyt szybko się nie zetrze. Bardzo twarzowy i mega kobiecy kolor. Nie żółci zębów.



Tararam ! Mamy 05. Ten kolor uwielbiam nosić do ultra dziennego makijażu twarzy i ciemnych ubrań. Jeśli mam do niego dobrany strój i usta wiem, że moja samoocena wzrośnie o +10 :)


Buziaki!