wtorek, 6 marca 2018

Kim jest dla mnie moje dziecko ?

Co jakiś czas na blogu pojawiają się wpisy z moją recenzją danego produktu czy książki. Muszę przyznać, że te publikacje to większość treści na stronie. 
Doszłam do wniosku , że chciałabym napisać nie o rzeczy, a o osobie. Nie o produkcie, a o człowieku, który codziennie definiuje mnie na nowo. O mojej dwuletniej córce, która dwa dni temu obchodziła swoje święto. 

Wizją mojego dziecka żyłam od około 15 roku życia, kiedy to poczułam instynkt macierzyński. Ograniczał się wtedy do rozczulenia na widok przyszłej mamy z wystającym brzuszkiem, ale szybko ewoluował. Wiedziałam, że chcę mieć szybko dziecko, bo czułam, że w tej roli będę się sprawdzać. 
Na moje szczęście zaszłam w ciąże po ćwiczeniach z psychologii rozwoju i cały okres prenatalny miałam za sobą, jednak na 2 roku na UKW zaczęły się zajęcia ze wspomagania rozwoju i psychodynamicznego podejścia do okresu prenatalnego i postnatalnego. Także byłam na bieżąco z tym, co się dzieje u mojego maluszka. Stąd też wiele modulacji i bodźcowania Juleczki, która była w brzuszku. Tyle słowem wstępu. 

Okres po porodzie był piękny, ale niesamowicie trudny. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że chociaż kocham nad życie moje dziecko to nie spodziewałam się takiego protestu ego i braku rozpieszczania się choćby lekturą czy wypadem na pizze. To się skończyło. Skończyło się jeszcze wiele innych rzeczy, ale i dużo zaczęło. Symbioza miedzy mną a Julią z każdym dniem przybierała na sile. Na tyle, by poznać swoje stany emocjonalne przez mikroekspresję czy modulację głosu. Julia i ja jesteśmy na to wyczulone. Ona chyba nawet bardziej :) Swoją drogą to niesamowite (i zachwycałam się tym przez bardzo długi czas, nawet teraz) jak matka rozumie swoje dziecko. Zwracałam bardzo dużą uwagę na jej sygnały, nawet jak była bardzo malutka i to się sprawdzało. Jednak opis komunikacji między mną, a Julią może odłożę, bo znowu powstałby tasiemiec. 



Po dwóch latach wspólnej egzystencji widzę jak kolosalny wpływ miała na mnie ta mała wielka istotka, która teraz śpi koło mnie. 

Czuję, że ona mnie określa. Mam wrażenie ,że w niej odbija się moje postępowanie. Jest jak moje lustro. Oczywiście nie jest ze mną zlana (psych.fuzja) jednak widzę w niej moje zachowania, które poprzez modelowanie mają prawo istnieć. 

Julia jest przede wszystkim POWODEM. Powodem dla którego od tylu już miesięcy wstaję z łóżka często o 6 czy 7 w wolne dni (dla dziecka nie ma czegoś takiego jak weekend czy wakacje :D). Jest powodem tego, że się bardziej staram. I to dotyczy wszystkiego. Staram się efektywniej uczyć-by nie musieć poprawiać egzaminów i tracić na to znowu czasu (tylko mieć dla niej czas). Jest powodem tego, że jeżdżę bezpieczniej- bo mamę ma tylko jedną. Jest powodem mojego uśmiechu- nie zawsze, ale często. Jest powodem, dla którego się tak rozwijam-doskonale zdaję sobie sprawę ,że przykład idzie z góry i jeśli ja jestem ambitna i próbuję wielu rzeczy, najprawdopodobniej Julia będzie zachowywać się podobnie. Jest powodem, dla którego bardziej o siebie dbam. Jako jej matka chcę dumnie reprezentować naszą rodzinę, chcę być dla niej zdrowa i silna (stąd jestem aktywna fizycznie). Co więcej- Julia jest powodem mojego minimalizmu. Bo zrozumiałam, że im mniej rzeczy mam tym więcej mam dla niej czasu. To się naprawdę sprawdza. Moja córka jest powodem mojej energii i radości- dokładnie obserwuje jak moja radość wpływa w nią i na odwrót. Jesteśmy dla siebie najlepszym narkotykiem podnoszącym poziom dopaminy i serotoniny. 

Poza tym Julia uczy mnie wymagać od siebie więcej. Patrząc na nią często zadaję sobie pytanie "co mogę robić lepiej/bardziej jako rodzic" i staram się polepszać. Czasami jest to bycie bardziej rygorystycznym czyt.konsekwentym, a czasem jeszcze więcej przytulania. Uczy mnie również czasem zwalniać. Mimo tego, co napisałam- nie jestem robotem, a to czym żyję to doświadczanie bycia w kontakcie z moim dzieckiem. Często łapię się na tym, że kiedy Julia na mnie patrzy, trzyma mnie za rękę to robię "stop klatki", aby móc wracać do tej chwili. To niesamowite słyszeć najpiękniejszy, cieniutki głosik na świecie, który mówi "Mamo" w moją stronę. 

To, czego Julia uczy mnie codziennie to rezygnację z egoistycznych zapędów, które nadal mam wielkie. Przez wiele lat rozpieszczałam się spełniając własne zachcianki i oczekiwania. Nie byłam nauczona wielkich poświęceń, chociaż nie odmawiałam pomocy. Teraz muszę rezygnować ze swoich przyjemności i ona mnie tego uczy. Bo jak jesteś mamą to wiesz, że Ciebie może poboleć, ale zrobisz wszystko, żeby Twojego dziecka nie bolało. To jest właśnie ten rodzaj miłości, który jest ponad Ciebie. 

Reasumując: polecam rodzicielstwo. Nie ma nic trudniejszego, nic bardziej satysfakcjonującego i przede wszystkim uczącego niż bycie rodzicem. 

Na koniec polecam każdemu (rodzicowi, ale i nie tylko) tą piosenkę: Kuba Jutrzyk- Być dla kogoś . Uważam, że jest to podsumowanie tego wpisu. LINK TU KLIK

środa, 28 lutego 2018

Recenzja książki James Wallman" Rzeczozmęczenie"

Witajcie. Dawno nie było recenzji. Chociaż miały ukazywać się co dwa tygodnie nie dałam rady opublikować wpisu w niedziele, ponieważ jeszcze czytałam publikację, o której dzisiaj.

Temat minimalizmu przodował w 2017 roku i z pewnością zagadnienie posiadania i chcenia mniej zmieniło moje życie. Co więcej- nadal zmienia. Odbiegając trochę od tematu- zabawne jak teraz reaguję na zakupy. Kiedyś raz na kilka miesięcy robiłam duży shopping internetowy- odzieżowy czy kosmetyczny. Od połowy grudnia wstrzymuję się z kliknięciem potwierdzenia zamówienia na MintiShop. Codziennie zaglądam do koszyka i pytam siebie "czy naprawdę tego potrzebuję?". Wiem,że niedługo sfinalizuję zakupy, jednak chcę mieć pewność, że nie kupię nic ponad to, czego naprawdę potrzebuję. Nie ukrywam- frustruje mnie ta sytuacja, ale wiem, że dokonam dobrego wyboru.

Przechodząc do dzisiejszego tematu. Książka "Rzeczo-zmęczenie" to zakup tamtego roku. Bodajże października (kiedy to postanowiłam nie kupować więcej książek,był to jeden z ostatnich zakupów tego typu). Kosztowała mnie 10 zł (baaardzo polecam zapisanie się do grupy na fb Simplicite-oddam,zamienię,sprzedam) była używana, ale nie zużyta.

zdjęcie: www.datapremiery.pl 

Po pierwsze bardzo spodobała mi się okładka- prosta, jasna, z bardzo widocznym pomarańczowym tytułem. Jak na książki o minimalizmie jest objętościowo duża, ma 367 stron. Jednak byłam pewna, że przeczytam ją szybko. Na lubimy czytać oceniana jest raczej średnio więc nie pokładałam wielkich nadziei względem treści. Co z tego wynikło? Przekonacie się poniżej.

Zacznijmy od tego, że książki nie skończyłam w 2 dni, a w ponad tydzień. Nie czyta się jej jednym tchem, a przynajmniej kilkoma. Treści w niej przedstawione to nie "posprzątałam swój dom ze wszystkiego i mi lepiej" albo "warto mieć mniej-polecam". Jest ona tak obszerna treściowo i tak wieloaspektowa, że byłam pod niemałym wrażeniem ile można się z niej dowiedzieć.
Traktuje z kilku perspektyw problem rzeczo-zmęczenia: z socjologicznej, psychologicznej, antropologicznej, ekonomicznej oraz filozoficznej. Dla mnie to ogromny plus, bo wiedza jaką mogę wynieść z tej lektury. jest ogromna. Nie mogę potraktować tego jak np."Slow life" Glogazy, gdzie zadawałam sobie pytanie, co ona mi da. Książka Jamesa Williama to skarbnica wiedzy z wielu źródeł odnośnie zagadnienia jakim jest już nie tyle co rzeczo-zmęczenie, a posiadanie mniej, minimalizm, materializmy czy eksperientalizm.

Autor w sposób bardzo obszerny wyjaśnia nowe zagadnienia. Nie wychodzi z założenia, że czytelnik "już wie", a raczej "ma się dowiedzieć". Tutaj kolejny plus.

To, co podobało mi się bardzo, a było inne niż w dotychczas czytanych książkach o minimalizmie to nie namawianie do bycia minimalistą, a eksperialistą, czyli osobą bazującą na doświadczeniach. Zdałam sobie sprawę, że zaczynając żyć jak minimalista nasze życie nadal kręci się wokół rzeczy, ale wokół tego, by było ich mniej. Łatwo zapętlić koło. Tutaj autor proponuje coś innego. Zamiast skupiać się na jak najmniejszej ilości rzeczy, skupmy się na maksymalnym doświadczaniu. Niech określa nas to, co widzieliśmy i przeżyliśmy.

Podsumowując: książka przekazuje problem z wielu perspektyw, jest wręcz "bogata" w treść, nakłania do refleksji. Jak najbardziej warto ją przeczytać :)

czwartek, 22 lutego 2018

Kremowy olejek do włosów bez spłukiwania L'Oreal Elseve

Witajcie. Dzisiaj kilka słów o produkcie, którego nigdy bym się tu nie spodziewała. Zawsze omijałam tego typu rzeczy z daleka, a tu proszę :)


Moje włosy są cienkie, przetłuszczające się i do niedawna nie używałam na nie niczego prócz odżywek i masek do spłukiwania (i zabezpieczania końcówek jedwabiem). Rok temu przekonałam się do odżywek w sprayu, a od niedawna do olejku. Chociaż w sumie ciężko nazwać ten produkt olejkiem. Bardziej jest to balsam do włosów na bazie olejów. Według producenta jest to olejek w kremie- niech będzie. 


L'Oreal Elseve Moc Olejków posiada wiele zalet m.in:

  • po pierwsze zapach...jest to moim zdaniem najlepszy perfum do włosów. Co prawda woń nie utrzymuje się jakoś szałowo długo- max dwie h, jednak jest to zaletą, bo zapach jest mocny i intensywny więc w tym przypadku za długo byłoby źle 
  • to czego bałam się najbardziej czyli tłuszczenie włosów, a w zasadzie ich brak :) Mimo swojej konsystencji i składu nie powoduje przetłuszczenia moich cienkich włosów. Krem nakładam od ucha w dół na oko 1 łyżeczkę i to w zupełności wystarcza. Włosy rozczesuję i wszystko gra 
  • produktu używam, gdy chcę pozbyć się puchu we włosach- nie mówię o puchu pożądanym, czyli dodającym objętości włosów, a o puchu puchu :D L'Oreal ładnie włosy wygładza i dyscyplinuje
Jednak po dwumiesięcznym używaniu widzę jego wadę, a mianowicie:
  • jest mało wydajny. Nie używam go na co dzień, max 2 razy w tygodniu, a zazwyczaj raz i już mi się kończy. Za 20 zł to trochę żal
Mimo jego jednej wady serdecznie polecam w szczególności osobom z włosami jak moje :)







niedziela, 18 lutego 2018

"Nie mam czasu" a moja organizacja

Wstęp
Najlepiej zacząć od początku. Motywacją do wpisu były niekończące się teksty osób , że nie mają na nic czasu, że nowy obowiązek, a zalegają ze starymi itd. Najbardziej denerwował mnie "z chęcią bym to zrobiłam,ale nie mam czasu" z ust osób, których jedynym zajęciem są studia i robienie prawka (możecie sobie wstawić ewentualnie praca/liceum i jakieś jedno zajęcie).

Moje obowiązki
Odkąd urodziłam Julię i nie zrezygnowałam ze studiów część osób z niedowierzaniem mówiła mi "jak Ty dasz sobie radę, dziecko i studia dzienne?" . Jakby to był wyczyn (no, dla niektórych jest). Druga część odradzała mi studiowanie jak mam małe dziecko (matka powinna skupić się tylko na bobasie). Ile ludzi tyle opinii. Ja studiowałam i robiłam jeszcze wiele innycb rzeczy, o których poniżej.
Po pół roku od urodzenia córki i trzech miesiącach od powrotu na uczelnię (bo po porodzie przez miesiąc nie jeździłam) zapisałam się na siłownie i regularnie 3 lub 4 razy w tygodniu , najczęściej po uczelni jeździłam na trening. Kiedy nastała wiosna odpuściłam siłownie i biegałam codziennie przed obudzeniem Julki (około 6:30) oraz jeździłam na rowerze. Nadal studiowałam dziennie. Na początku 2017 roku (odbywając te aktywności) postanowiłam, że przeczytam 52 książki (co udało mi się w liczbie 56).
  • Od października 2017 zapisałam się na drugie studia, dzienne. 
  • Jestem więc matką prawie dwulatki (której tata przyjeżdża maks raz na miesiąc z podkarpacia na 3 dni)
  • Studiuję dwa dzienne kierunki w tym jeden wymagający (psychologia) i podyplomówka z pedagogiki
  • Robię badania do magisterki (póki co jestem na etapie zliczania wyników testów)
  • Ostatnio odbywałam praktyki w szkole przez 2 tygodnie
  • Czytam nałogowo książki (w 2018 zwolniłam i czytam jedną na 2 tygodnie) 
  • Niedawno zapisałam się na pool dance i stretching i chodzę na te zajęcia co piątek
  • Od stycznia do końca lutego wyrabiam kurs w Akademii Transportu w Bydgoszczy (e-learning i stacjonarnie) na Certyfikat Kompetencji Zawodowych Przewoźnika w zakresie przewozu rzeczy (prawo, ekonomia i logistyka plus wszystko dot.transportu, dróg w jednym) 
  • Jako ostatnie chciałam dodać - i piszę regularnie bloga. Ostatnio jednak wpisy się nie pojawiły, ale nie trwało to dłużej niż dwa tygodnie więc napisałam o tym
Można? Można!
Jednak coś kosztem czegoś...



Jak daję radę to wszystko pogodzić?

Dużym ułatwieniem dla mnie jest to, że mieszkam z rodziną, która pomaga mi jak nikt inny. Jednak to ze mną Julia spędza najwięcej czasu. Staram się tak planować czas, aby poświęcać jej go najwięcej. 
Uczę się najczęściej nocami, książki czytam w ciągu dnia jak Julka śpi, albo jak ma jakieś zajęcie. Posty piszę zawsze "na raty" lub podczas snu małej (właśnie śpi :D). Ostatnio poświęcam jej mniej czasu, bo prawie non stop uczę się na kurs do Akademii Transportu, ale w tym czasie spędza czas z dziadkami albo wujkiem. W dodatku zdałam całą sesję przed jej rozpoczęciem (jeden egzamin miałam pierwszego dnia) i mam teraz przerwę na uczelni do 18 lutego, czyli do dzisiaj (nie skorzystałam z niej za bardzo, bo jak obliczyłam w ciągu dwóch tygodni spędzłam 87,5 h na platformie e-learningowej). Na drugiej uczelni zajęcia mam raz w tygodniu po kilka godzin. Co do pool dance i stretchingu- na początku chodziłam w poniedziałki jednak nie pasowało mi to godzinowo, bo po zajęciach w Bydgoszczy od razu jechałam do Świecia więc teraz jeżdżę w piątki jak mam dzień wolny od studiów, wieczorami (kiedy jest babcia Julci w domu). Wszystko się da zrobić. Co prawda dostałąm niedawno plan na ten semestr i bardzo mi on nie pasuje, bo prawie codziennie muszę być na uczelni. Postaram się więc o IOS (indywidualną organizację studiów) i być może będę miała zaliczenia indywidualne bądź na niektórych zajęciach będę mogła przychodzić rzadziej. 
Oczywiście z moją słabą pamięcią nigdy bym sobie nie poradziła nie prowadząc kalendarza. Praktycznie każdy dzień mam rozpisany. Taki harmonogram prowadzę od kilku lat (chyba od gimnazjum) i jestem w stanie określić jakie cechy każdy kalendarz powinien posiadać (m.in koperta z tyłu przyklejona do okładki, aby wrzucać tam "karteczki" i różne ważne rzeczy, czy gumkę, która "zamyka" kalendarz, a także konieczny format a5 :) ). 


Co musiałam poświęcić? 

Po pierwsze-ograniczyłam rzeczy, z których i tak nie czerpałam przyjemności tzn. facebook i pisanie ze znajomymi. Mój wall na fb jest praktycznie pusty, bo na dzień dzisiejszy mam tylko trzy osoby obserwowane, a reszta z moich 400 znajomych jest "odobserwowana". Wyświetlają mi się tylko strony, które mnie interesują (a jest ich może 5). W dodatku usunęłam z telefonu messengera i nie piszę lub pisze sporadycznie ze znajomymi-jeśli sprawa jest nagląca, ale nie na zasadzie "co u Ciebie". Takie pisanie uważam, za marnowanie czasu.
Po drugie- sen. Nigdy nie czułam się wyspana śpiąc długo, jednak zazwyczaj spałam po 9 h, bo "Sen to zdrowie". Nieprawda. Każdy ma ograniczony, indywidualny czas, żeby się wyspać. Dla mnie jest to 7 lub 8 h na dobę. Wtedy przez cały dzień jestem najbardziej efektywna. Jeśli śpię dłużej- jestem ospała  i nie mam humoru. Gdyby nie ilość obowiązków pewnie nigdy bym sie nie dowiedziała, że skracając czas spania będę bardziej wypoczęta :)
Po trzecie- imprezy i spotkania towarzyskie. Cóż, z początku ciężko było mi się z tym pogodzić, aż doszłam do wniosku ,że od kaca wolę dzień , w którym zrobię więcej niż tylko leżenie i zdychanie po alkoholizacji. W dodatku ładuję się społecznie na uczelni lub pool dance. Doszłam też do wniosku ,że nie jest mi potrzebny przyjaciel. Jest to wywód na dłuższą notkę, ale po krótcce- ciężko znaleźć osobę, która będzie dawała od siebie tyle samo co my, albo która będzie miała na to czas. Nigdy nie powtórzyła się w moim życiu relacja taka, jak z podstawówki i gimnazjum z Asią (z którą do teraz jak się spotykam-raz na rok gadam jak dawniej), jednak nasze drogi się rozeszły w inne strony i mamy inne priorytety. Nie żałuję,a jestem wdzięczna, że była w moim życiu kimś tak ważnym i tyle mnie nauczyła.
Zauważyłam również, że dużo bardziej wole wieczorem czytać niż oglądać i dlatego seriale to u mnie  rzadkość, a filmy oglądam może jeden w miesiącu (ostatni film jaki oglądałam to kino akcji w święta).


Jak robić więcej? 

Najprościej: ustalając priorytety, czyli rzeczy które są dla nas najważniejsze i olewając te, które są dla nas nieważne. W moim przypadku priorytetem jest Julia i rozwój, dlatego tak łatwo jest mi ignorować facebooka, pisanie z innymi czy spotkania towarzyskie. Julii poświęcam najwięcej czasu, ale nie zapominam o sobie. Od kilkunastu lat sporządzam listy zadań na dany dzień i polecam to wszystkim. Zaplanujcie sobie na nim również odpoczynek (czytanie książki, film). Najważniejsze rzeczy, które muszę danego dnia zrobić wpisuję na górę listy (max trzy zadania) i jedno, które muszę wykonać "choćby się skały zesrały"- czyli nie zasnę póki nie będzie to zrobione. Takie proste, a skuteczne. 
W moim słowniku nie ma czegoś takiego jak nuda. Zawsze jest coś do zrobienia. Oczywiście-czasem nie ma chęci, ale wtedy należy po prostu się zresetować (polecam drzemkę :D). 

Pozdrawiam wszystkich. Mam nadzieję, że taka lektura na niedziele miło Was zaskoczy i zainspiruje do wymagania od siebie więcej.